Greckie Tao

y

Pierwsze tao

Riwiera Grecka. A cóż to za nazwa. Prawie mi nie znana, dopóki tam nie pojechałam. Znajduje się u podnóża Góry Olimp, a właściwie jest to grzbiet górski o tej nazwie, a najwyższy szczyt należy do jednego z najważniejszych greckich bogów. Legendy nie pamiętam, odsyłam do „Mitologii” Parandowskiego. Fakt jest faktem, że zbocze jest niezwykłe i… robi klimat, w dolinkach powstały wioski, a w nich uprawia się ziele o tej boskiej nazwie. Niektórzy twierdzą, że jest dobre na wszystko, a przynajmniej działa antyzapalnie. To naprawdę wiele, albowiem wszystkie najgorsze choróbska powstają na skutek nie leczonych stanów zapalnych. Skorzystali z tego handlowcy i sprzedają zielsko w każdym sklepie miejscowości o nazwie Pantelemois, gdzie urzędowałam w tym roku aż dwa tygodnie. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz, aby nasycić się jej urodą. Nie było w tym roku Greka, w którym się dwa lata temu zakochałam, a konkretnie w jego oczach, w których dostrzegłam wieczność. A może był, ale w zwyczajnym stanie ducha, lub też sama znalazłam się w takim nastroju, że go nie rozpoznałam. I dlatego nie spotkaliśmy się, o nie. Czego szczerze żałuję. Pięknych Greków, o klasycznej helleńskiej urodzie, było zresztą jak na lekarstwo. Nawet ów Jurgas, którego antyczny profil utkwił mi w pamięci, zmienił rysy. Dlaczego, nie wiem. Może inny stan mego jestestwa sprawił, że zobaczyłam go inaczej. Pospoliciej, to mało powiedziane. Czy oni są w ogóle piękni? – Raczej nie, przeważnie w dojrzałym wieku mają już obfite brzucha. Niczym niezapomniany Roussos, który brak urody nadrabiał jednak nieprzeciętnym głosem. Młodzi są dla mnie identyczni, niemal, po prostu bruneci, bez specjalnego wdzięku, poza jednym… mają (a jednak!) jakiś specjalny rodzaj uśmiechu na ustach, gdy kogoś poznają. Połączony z uprzejmym skłonem głowy. Nie wiem na czym to dokładnie polega, ale młody Grek, a także czasem stary, wita przybysza miło, z radością. Dlatego łaziłam po kawiarniach, chociaż były puste, by tego przyjemnego doznania doświadczyć (w końcu byli tam kelnerzy. A w Grecji to faceci głównie obsługują gości.)

Ktoś mi mówił, że Grecja to po prostu brud. A nie. Brudne są tylko plaże – w porównaniu rzecz jasna z naszymi, które barwą piasku naprawdę się wyróżniają. I chociaż nie byłam na Dominikanie, jakoś dziwnie mnie tam nie ciągnie, to śmiem twierdzić, że nasz polski piaseczek jest najpiękniejszy na świecie.

Grecja to specjalne kolory i smaki. Niby banał, ale prawda. Ja osobiście uwielbiam niebieski i biały, które królują w architekturze. A także bizantyjskie złocenia tu i ówdzie, widoczne na niektórych ogrodzeniach, tych bogatszych posesji. Mamy też rozsiew bajkowych kapliczek, prawie każdy takową posiada w ogrodzie. I dachówki, to z kolei na domkach średnio zamożnych, ale dla mnie to po prostu one robią klimat. Oprócz winogronowych sufitów, które zdobią niektóre knajpy, a właściwie dają schronienie przed upałem. Tak i upał. To kolejny smak Grecji. Miałam z tego powodu tam nie jechać, bo źle znoszę gorączkę. Ale ona w Grecji trochę inaczej smakuje. Zwłaszcza nad morzem, gdzie lekka bryza daje wytchnienie ciału zmęczonemu temperaturą powyżej trzydziestki. Tak, tak, tyle należy się spodziewać nawet w drugiej połowie września.

Nigdzie więcej nie widziałam też skrzącego się diamentami morza niczym jezioro. Co uwielbiał zwłaszcza mój ojciec. A ja odziedziczyłam to po nim, czyli wzruszanie się tym widokiem. Czy nad Bałtykiem ktoś łowi ryby? Może. Ale nad brzegiem Riwiery Greckiej roiło się od wędkarzy. Przeszkadzali mi w porannej i wieczornej kąpieli, kiedy to podobno połowy są najobfitsze, a my-pływacy najchętniej wchodzimy do morza. Niektórzy z wędkujących przepraszali, przechylając uprzejmie głowę, tak jak ci w kawiarni, i byli to także starsi Grecy. Nic nie szkodzi, odkłaniałam się, ale w środku byłam wściekła. Nigdy nie wiem, w jakim miejscu jest żyłka i zawsze boję się o nią zaczepić, a najbardziej, rzecz jasna, o haczyk. No nie chciałabym być złowiona na wędkę. Nawet gdyby byłby to najprzystojniejszy rybak na świecie. Może by i myślał, że upolował złotą rybkę, ale ja nie obiecywałabym mu spełnić żadnego marzenia. Wręcz przeciwnie, przeklinałabym go w duchu i domagała się natychmiastowego uwolnienia.

Psy, bezpańskie psy. To najcudowniejszy widok, jaki może nam się przydarzyć na plaży. A także w mieście. No i ogrodzie, gdzie się siedzi np. po obiedzie. Pieski są przyjazne, radosne i ciągle chcą się bawić. Nie tyle jeść, bo są dokarmiane przez wszystkich. Grecy dbają o zwierzęta. Jeśli nawet nie są ich właścicielami, to zawsze nakarmią, pogłaszczą itp. Tam nie ma schronisk, bo źle się kojarzą, co tu dużo mówić  – z kratami. A greckie zwierzęta uwielbiają być wolne i Grecy to wiedzą. To samo z kotami, które tu i ówdzie wylegują się, jak święte krowy. A jak są głodne, to przybywają do knajp, gdzie zawsze coś im spadnie – pod stół. Gorzej w naszych czasach, gdzie gości jak na lekarstwo. Ale jakoś sobie muszą radzić, bo nie widać po nich, by były specjalnie zabiedzone i smutne. Przyjemny jest widok wolnego psa, który hasa gdzie chce i z kim chce (przeważnie z drugim bezdomnym psem, lub kotem). U nas – rzecz nie do pomyślenia.

Kolorowe kamienie wzdłuż brzegu. To kolejny wyróżnik. Szkoda tylko, że nieco bledną po wyschnięciu. Ale fakt, takich w polskim Bałtyku nie ma. I ogromne drzewa, które czasem rosną na środku plaży. Jak to się dzieje, nie rozumiem, bo skąd ciągną wodę, ale prawdą jest, że stoją – wielkie i często rozłożyste, i wtedy z cienia, jaki dają, możesz korzystać wędrowcze, ile wlezie, a w zasadzie plażowiczu-spacerowiczu.  Gdzie niegdzie możesz też odpocząć na ławeczce, których trochę jest na plażach, tych miejskich zdaje się. Rzecz zupełnie wyjątkowa, to prysznice, gdzie możesz opłukać się w słodkiej wodzie. Podobne pamiętam z dzieciństwa, z Międzyzdrojów lub z Mrzeżyna. A także przebieralnie. Też chyba znowu pojawiły się na polskich plażach. Szkoda tylko, że nie ma koszy. Na to nikt nie wpadł. Może oprócz pewnego bardzo bogatego hotelu w Juracie.

W sklepach, niestety, biedniej. Dwa lata temu kupiłam sobie dwa wystrzałowe swetry – produkcji włoskiej. Teraz, widać, że z Włochami stosunki handlowe są mocno ograniczone. Galeria, gdzie zakupiłam dwie piękne ręcznie malowane chusty, padła. Szkoda. O taki zestaw kolorów będzie trudno, gdziekolwiek.

Za to nie wiem co zrobić z obrazkiem Madonny, który pod wpływem chwili nabyłam. W warszawskim świetle wydaje mi się dość odpustowy.

Pa-pa, żegnaj Grecjo, może za rok lub za dwa. Odwiedzę cię na pewno. A na razie musi mi wystarczyć taki pyłek wspomnień.

TRZECIE TAO

Tak, Olu, pisanie jest opowiadaniem sobie różnych historii. To zanurzenie się w głąb, to próba uporządkowania chaosu, który jest czymś normalnym, a jaki zalega naszą duszę. Dopóki nie nadamy formy nagromadzonym informacjom i odczuciom. I wtedy powstaje na przykład opowiadanie. W tym momencie będzie to kolejna grecka opowieść. Albowiem po wyjeździe do Hellady jeszcze nie zdołałam ochłonąć, choć minął tydzień z okładem. Miał rację Krzysztof Przecławski, u którego pisałam doktorat z socjologii turystyki, który dzielił podróż na trzy etapy: przygotowanie, samą podróż oraz jej wspominanie. Niby banał, ale doczekał się analiz uczonego i paru na ten temat książek. W moim przypadku sprawdza się niesamowicie. Albowiem bardzo przeżywam każdy wyjazd, wszystko jedno jaki – turystyczny czy służbowy, bo on mnie już na tym etapie przygotowań przemienia. Potem otwieram się na chłonięcie nowych wrażeń (lub informacji) podczas wyjazdu. I na koniec – przemielam, porządkuję ten natłok różnych odczuć, jakie powstały w wyniku zmiany miejsca pobytu. Grecja jest tylko tego przykładem. Doskonałym. Bo. Różni się niezwykle od Polski. Wszystkim. Klimatem, kolorystyką, zapachami, ludźmi, architekturą, a także zwierzętami. Nie mówiąc o obyczajach. Życie w Helladzie po prostu wolniej płynie. Tam nikt nigdzie się nie pogania, o czym opowiadał nam Kris Baran, Polak, który wybrał Grecję za miejsce swojego życia. Jest tam pracownikiem hotelowym, pilotem oraz pisarzem – bardzo interesujących przewodników, które dają wiedzę z różnych dziedzin nt. Hellady, od antropologii, poprzez historię i na obyczajach kończąc. Podobnych Krisowi ludzi spotkałam na jednej z Wysp Kanaryjskich, Fuertawenturze. Zresztą w tamtym miejscu jest wielu Polaków – są właścicielami sklepików, pilotami wycieczek, czasem szefami restauracji. Przyniosła ich tu odmienność, brak pośpiechu, anty-wyścig-szczurów. (Tak jak Barana, który nawet w Krakowie czuł się zbyt ponaglany). Być może epoka, w której żyjemy, a której nazwy nie będę wymieniała, ponieważ nie oddaje w pełni prawdy, sprawi, że docenimy coś, co nazywa się smakowaniem życia. Nie gonitwą za czymś, ale prawdziwym istnieniem, tj. odbieraniem tego, co aktualnie dzieje się w naszej duszy i na zewnątrz (zresztą te dwie sfery są ze sobą powiązane). Życiem na tu i teraz, życiem 24 godzinami, uważnością na co dzień. To tylko różne nazwy tego samego zjawiska, które powoli zaczyna być popularne. Innym przykładem tego samego sposobu bycia jest restauracja „Hygge”, obok mnie, która lansuje właśnie ów życiowy slow, a nie pośpiech. I jeśli przyjdę tam czasem z mamą na obiad, to czeka się i czeka, chociaż nieraz jesteśmy jedynymi klientkami knajpy. Bo. Tam się nikt nie spieszy, także w zarabianiu pieniędzy.

A wracając do Grecji, nie chciałabym tam jednak mieszkać, ale lubię do niej wracać. Przy okazji bowiem sięgam po Herberta, który tak pięknie pisał o tamtejszej architekturze. Tym samym mogę więc jakby wzmocnić to, co widzę. Ale tym razem jechałam bez czytania czegokolwiek przed. Bo są dwie szkoły – jedna mówi, aby się przygotować i wtedy podobno lepiej się wszystko chłonie, a druga twierdzi coś przeciwstawnego – że lepiej nic nie czytać, ani nie oglądać, aby nie zaśmiecać umysłu, wtedy obraz, dźwięk i dotyk ma czystość, nie jest skażony naszą wcześniejszą wiedzą. Sama nie wiem, co lepsze. Dyskutowałam na ten temat z Marcinem Kydryńskim, który podróżuje objuczony jak wielbłąd książkami, do których sięga nawet podczas podróży. Ale w rezultacie każdy pozostał przy swoim zdaniu. Ja w zasadzie uważam teraz, że każde podejście jest dobre i można je stosować na zmianę. We wcześniejszej podróży do Hellady, właśnie po lekturze Herberta, byłam zorientowana na architekturę i jej perełki mój mózg wydobywał z krajobrazu, by mi je pokazać. A tam, gdzie były tylko skały wyobraźnia podsuwała wspaniałe obrazy byłych miast i budowli. Teraz, nastawiona tylko na to, co ma mnie spotkać, trochę też szukająca pomysłu na siebie, a więc inspiracji, widziałam jakby wszystko, szerzej. Chociaż wzrok przykuwały jednak piękne szczegóły – widok werandy, kawałek płotu, uśmiech zwierzęcia, a konkretnie psa, zachwyt kota, spadający listek na wietrze, granat kołyszący się nad furtką, biało-niebieskie drzwi, malownicze kapliczki. Tak więc po dniu, który przeleżałam nago na plaży, w takim „stroju” też się kąpałam (nie było nikogo, więc skorzystałam z okazji), poczułam nagle lęk. Spowodowany brakiem bodźców? Roztopiłam się w tym morzu, piasku i słońcu, a potem wystraszyłam, że mnie nie ma, a także innych też?

Chyba tak. Bo po powrocie zaczęłam nerwowo dzwonić po rodzinie i znajomych. Inaczej mówiąc, szukać bodźców. Szukać drugiego człowieka, jego głosu, uwagi itp. (Bo moi towarzysze podróży akurat byli na wycieczce.) Wniosek z tego taki, że na pustelniczkę się nie nadaję, a przymiarki tego były (jak zwykle rzeczywistość weryfikuje nasze nawet najbardziej genialne pomysły.) Z drugiej strony – nie spróbowałam. Może to tylko takie normalne lęki, które pojawiają się wtedy, gdy spotyka nas coś nieznanego. Trzeba by było tylko przetrzymać ten stan. A potem by się okazało, kim jestem. Tak więc droga do zakonu, czy też na pustelnię, nadal stoi przede mną otworem. Uff.

I wszystko nadal jest możliwe. Mogę wymyślać swoje życie na nowo, lub pozostać przy takim, jakie mam. Amen.

 

 

 

 

 

 

 

 

Barbara Jagas

O mnie