Roberta Luberę wypatrzyłam w Internecie. Akurat słuchałam sobie nowych-starych Breakautów, potem robiłam z nimi wywiad dla tygodnika „Angora”. Następnie zwróciłam uwagę na Tomasza Nalepę, który grał muzykę i przeboje swoich rodziców: Miry i Tadeusza. Wcześniej go po prostu nie zakodowałam, choć już występował u boku ojca jako początkujący muzyk, gdy Miry Kubasińskiej już dawno nie było w zespole. I wtedy zwróciłam uwagę na dwoje muzyków: właśnie Roberta Luberę i jego córkę Żanetę. Oboje o nieprzeciętnych talentach… Oto wywiad przeprowadzony w ubiegłym, tj. 2024 roku.
Żeby nie było nudy
Rozmowa z Robertem Luberą, muzykiem i liderem zespołu „Nie-Bo”

– „Widziałem tych, co kłamią, i tych, co zabijają… wiem jak sprzedają ciało, wiem, jak sprzedają dusze…” – śpiewa pan na swojej najnowszej płycie. To jakieś ostrzeżenie?
– Tak, dla córki. Bo znam ten świat. Chociaż piosenka powstała dawno, jest ciągle aktualna.
– A skąd się wziął zespół „Nie-Bo”, którego jest pan liderem?
– Z poczucia wolności, ponieważ chciałem iść swoją drogą, robić to, co potrafię najlepiej i po swojemu. Z drugiej strony „niebo”, to coś, co wzięło się z naszej kultury i związane jest z dążeniem do dobra, może lepszego świata… W tym kierunku zmierzam.
– Gracie bluesa.
– Przede wszystkim, ale nie tylko, gramy także rocka, czasami z elementami pop, a także muzyki folkowej. Nie nakładamy na siebie jakichś ograniczeń. Jeśli mamy jakiś pomysł muzyczny, to po prostu go realizujemy. Nie oglądamy się na to, co robią inni.
– Przedtem grał pan w zespole „Sagittarius”, który przypominał trochę grupę „Genesis”.
– Na początku rzeczywiście miał takie brzmienie, ale od kiedy zacząłem w nim coś znaczyć, to uległo ono zmianie – na bluesowo-rockowe.
– Ja pamiętam jak leciały w Trójce takie wasze utwory jak „Deszczowy blues” czy „Stary jeep”. Ale podobno były też na pierwszych miejscach listy przebojów Uniwersytetu Columbia w USA!
– Tak, dowiedziałem się o tym od swego kolegi, który wyemigrował do Stanów i tam studiował. Miał te utwory nagrane na kasetach i po prostu je upowszechnił. No i okazało się, że się spodobały. Ciągle przychodzili do niego jacyś ludzie, aby je przegrywać.
– Występowaliście w tamtych czasach na Famie, w Jarocinie… Byłam raz na Famie.
– To była fantastyczna przygoda, która się zaczęła sukcesem na festiwalu w Opolu 85. Potem nagrała nas Trójka i zaprosił Tadeusz Nalepa, któremu towarzyszyliśmy jako zespół akompaniujący. Odtąd zaczęliśmy jeździć na wszystkie festiwale, graliśmy na dużych scenach. Wystąpiliśmy w 1996 w Sopocie, na Rawie Blues, potem na festiwalu w Brodnicy…
– Tego nie znałam.
– To były świetne czasy. Graliśmy z najlepszymi muzykami.
– Też je miło wspominam. A był jeszcze taki zespół „The End”, w którym również pan grał.
– To się stało po rozpadzie Sagittariusa, ponieważ dwóch kolegów zrezygnowało z bycia artystą i poszli do normalnej pracy. Założyłem wówczas nową kapelę pod nazwą „The End”, z którą potem nas zaproszono w 1990 roku do Opola na koncert „Premiery”, a z kolei w 1993 zostaliśmy laureatami festiwalu „Marlbo Rock In”. Następnie graliśmy jako support na koncertach zespołu „Wilki”, od czego zaczęła się współpraca z Robertem Gawlińskim.
– Właśnie chciałam o nią zapytać.
– Wydaliśmy razem z Robertem dwie płyty: „Solo” i „Kwiaty jak relikwie”, gdzie nagrałem partie gitar. Potem występowaliśmy razem w Opolu, pojechaliśmy w trasę do Stanów. To była bardzo fajna przygoda, trwająca chyba sześć lat. Zresztą się zaprzyjaźniliśmy i spotykamy do dziś.
– Pana nazwisko związane jest także z IRA.
– Konkretnie z liderem zespołu IRA – Arturem Gadowskim, z którym graliśmy, a także jesteśmy blisko po dziś dzień.
– Ale to nie wszystko. Napisał pan też muzykę i piosenki do spektaklu teatralnego „Błysk rekina”. Ależ ma pan rozrzut umiejętności…
– Jerzy Fedorowicz, dziś senator, a przedtem dyrektor Teatru Ludowego w Krakowie zaprosił mnie do takiego projektu w ramach dramaterapii, który był skierowany do młodzieży i miał zapobiegać agresji. W ten sposób powstał spektakl muzyczny, na licencji sztuki angielskiej, do której napisałem piosenki, a wszystko wyreżyserował Fedorowicz. To się potem cieszyło olbrzymią popularnością, spektakl grano przez 18 lat.
– No proszę!
– Kilkaset tysięcy ludzi go obejrzało! To było moje pierwsze doświadczenie związane z teatrem, bardzo fajne. A potem zrobiliśmy jeszcze jeden spektakl wspólnie z panem Jerzym, na podstawie książki Krzysztofa Jaryczewskiego z Oddziału Zamkniętego pt.”Minnesota Blues. Obudź się”. Była to opowieść o życiu rockandrollowca, na podstawie historii Jarego.
– Jeszcze miał pan coś wspólnego chyba z kinem.
– Napisałem piosenkę do filmu z Maciejem Stuhrem „Krugerandy”, gdzie nagraliśmy cztery piosenki, ale ostatecznie jedna została wybrana i Maciek ją właśnie zaśpiewał. A jeszcze niedawno napisałem muzykę do takiej międzynarodowej produkcji polsko-islandzko-włoskiej pt. „Jojo” , której premiera odbyła się dwa lata temu w Brukseli. To opowieść o chłopcu, który miał uszkodzony słuch, ale dzięki implantom ślimakowym udało się go odzyskać. Piękna historia, piękne zdjęcia – robione na Islandii i we Francji. Lubię komponować pod fajny obraz.
– Aż się boję dalej pytać… Ale dobrze, śpiewa pan przecież piosenki Breakoutów, występując razem z Piotrem Nalepą. Która jest panu najbliższa?
– Trudno jest mi wyróżnić jedną, ponieważ Tadeusz Nalepa nagrał wiele płyt i było tam bardzo dużo wspaniałych piosenek, jak dzisiaj się ich słucha, to one się w ogóle nie zestarzały, przeciwnie: są bardzo nowoczesne… Zresztą Tadeusz cały czas się rozwijał i chyba ta jego przedostatnia płyta była najlepsza.
– Mnie podoba się najbardziej pierwsza.
– Mogę pani powiedzieć coś takiego – najtrudniejszym wyzwaniem dla mnie, do zagrania, zaśpiewania jest cały czas „Modlitwa” i „Co się stało kwiatom”.
– Tak, to są trudne i wymagające niezwykłej wrażliwości utwory.
– Aby dobrze je zaśpiewać, trzeba wejść w te emocje, a także mieć odpowiedni stan ducha.
– Wspominał pan, że grał z samym Tadeuszem Nalepą.
– Tak, najpierw graliśmy razem w Rzeszowie, kiedy nas pierwszy raz zaprosił jako zespół „Sagittarius”, a potem to robił jeszcze wiele razy. Ale był też moim gościem, kiedy wystąpił u nas na koncercie. Pamiętam, że czułem się bardzo wyróżniony, gdy mogłem z Tadeuszem zagrać w duecie „Jest gdzieś taki dom” , o nocnym ekspresie, a co śpiewał na bis. Podszedł do mnie wtedy i rzekł: „Chodź…” Sporo gadaliśmy w przerwach, można powiedzieć, że się polubiliśmy. Ale zawsze był dla mnie mistrzem. Przede wszystkim.
– A jakim był człowiekiem?
– Bardzo dobrym. Kiedyś szedłem sobie po Warszawie i nagle ktoś mi się ukłonił. Okazało się, że to Nalepa, akurat wychodził z hotelu Grand. Byłem zaskoczony, bo dla mnie to był ktoś. Ale on jakoś nie gwiazdorzył. I w ogóle wspierał młodych muzyków. Lubił ich. Jednak na wyjazdach pilnował dyscypliny, np. nie wolno się było spóźniać. U schyłku jego życia zagraliśmy jeszcze jeden koncert… Już nie miał wtedy siły stać, gdzieś przysiadał…
– Był chory.
– Tak, jednoczył w sobie siłę, skromność, a jednocześnie był gwiazdą, wielkim autorytetem dla mnie. I do dzisiaj nim pozostaje.
– A jak się panu układa współpraca z Piotrem Nalepą?
– No myśmy spędzili ze sobą ponad dwa lata na scenie. Zagraliśmy 500 koncertów. Piotrek ma bardzo dużo ze swojego ojca, jest po prostu świetnym facetem. W zasadzie mogę pani powiedzieć, że jest jak mój brat, zresztą jesteśmy rówieśnikami. Strasznie go lubię i szanuję. Jest świetnym kolegą także na scenie. Myśmy naprawdę zwiedzili razem pół świata – byliśmy w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Australii, Austrii, Czechach.
– Jako „Breakout”?
– To się nazywa „Piotr Nalepa Breakout Tour”. Dlatego, że zespół „Breakout” nie istnieje, nie ma go od 1980 roku. I dlatego nie wolno używać tej nazwy. Należy ona do rodziny – do Piotra i Grażyny, drugiej żony Tadeusza. A my w ramach naszego zespołu gramy koncerty pamięci Piotra rodziców, są to piosenki wyłącznie Tadeusza Nalepy i Miry Kubasińskiej. Wielu muzyków, co prawda, gra piosenki Breakoutów , ale akurat nic w tym nie ma złego. Piotr realizuje „muzyczny testament” rodziców.
– Rozumiem. No oni są nie do podrobienia… Ale tutaj przejdę lekko do pana i pańskiej córki. Bo pan śpiewa „za” Nalepę, a Żaneta „za” Kubasińską. I te covery Miry w wykonaniu pani Żanetki są po prostu świetne, nie umniejszając pana talentu, rzecz jasna. Pewnie, że córka robi to inaczej, ale ma w sobie taki granat…!
– Dziękuję.
– Wyczytałam, że doszła do finału „The voice of Poland” w 2013… i co, przepadła? Czemu? Jakie są jej losy?
– Miała podpisany kontrakt z „Warner Music” na wydanie swojej autorskiej płyty, ale to nie doszło do skutku, nie wiem dlaczego.
– I państwo teraz we dwoje śpiewają, tatuś z córeczką?.
– Od zawsze tak jest w moich projektach, lubimy się i rozumiemy.
– Czy na festiwalu w Sztynorcie na Mazurach, na który pan się wybiera, a który też współorganizuje, też zagracie?
– Pewnie, że tak.
– A potem? Gdzie jeszcze można będzie was zobaczyć.
– Na pewno na festiwalu „Breakout Days”, który z Piotrem i estradą rzeszowską współorganizujemy w Rzeszowie we wrześniu (12-14). Ale jeszcze wcześniej będzie można nas posłuchać w Józefowie k. Warszawy na festiwalu „Lep na bluesa” (7 września).
– Czym jest dla pana blues?
– Ja bluesa lubię przede wszystkim za prostotę i siłę wypowiedzi. On tak powstał, że ludzie, którzy siadali po pracy na ławce, zaczynali sobie opowiadać różne historie, nucąc. Blues był pierwotnie muzyką ludową. Nie grało się po to, by być sławnym, ale by dawać upust własnym emocjom.
– Chyba podobnie powstają pana piosenki, w których opowiada pan o swoim życiu? Wielu pana kolegów zrezygnowało z kariery artystycznej, pan nie. Jak to się panu udało, jak pan wytrwał?
– Może dlatego, że dla mnie to była pasja, i jest do tej pory. Mógłbym nawet użyć takiego określenia jak „powołanie”, bo w momencie, gdy tak jest, nie myśli się o pieniądzach, tylko o wyrażeniu siebie. Bo z karierami jest tak, że są i odchodzą…
– Tak bywa z celebrytami.
– Właśnie nigdy nie chciałem zostać kimś takim. Nie lubię sobie robić co 5 minut zdjęcia i puszczać na Instagramie. Robię to tylko wtedy, gdy mam coś do powiedzenia.
– No bo jest pan artystą prawdziwym.
– To jest mój styl życia. Cieszę się, że udało mi się przetrwać tyle lat. Ale też dzięki muzyce nauczyłem się wielu innych rzeczy, poznałem ciekawych ludzi, którzy pociągnęli mnie dalej – w inne rewiry. Lubię spotkania z innymi i jak coś z tego fajnego wynika. Czasami z jednej myśli może powstać coś naprawdę ciekawego. Zaczyna się od piosenki, a kończy na festiwalu muzycznym czy spektaklu.
– Bo ktoś coś podchwyci.
– Także. To niesamowity proces twórczy, wciągający bardzo… Ale może udało mi się i dlatego, że moja żona jest też artystką – aktorką, i to bardzo dobrą, z którą się rozumiemy, wspieramy nawzajem i szanujemy.
– Żona, Marta Bizoń, występowała na festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu.
– Nawet wygrała ten konkurs. Jest jeszcze nasza młodsza córka Matylda, która gra na harfie i fortepianie oraz przymierza się do wydania płyty… i syn Mateusz, który grał w spektaklu „Tajemniczy ogród” w Teatrze Bagatela w Krakowie dziecięcą rolę, skończył szkołę muzyczną pierwszego stopnia w klasie perkusji i fortepianu…
– Jednym słowem, artystyczna rodzina, to fakt.
– Nigdy nie starałem się też działać zgodnie z jakimiś modami, trendami, zawsze szedłem swoją drogą. Może jeszcze mam to szczęście, że mieszkam na krakowskim Kazimierzu, to jest taka mekka artystów, zresztą i cały Kraków, i tutaj rodzą się niesamowite pomysły.
– Jakieś plany na przyszłość są?
– Oczywiście, że są. Teraz akurat bardzo się koncentrujemy na tym, co robi Matylda i próbujemy wymyśleć całą strategię jak poinformować świat o jej wrażliwości, piosenkach. Bo w dobie Internetu to się robi inaczej … I oczywiście sam też nie przestaję koncertować i robić inne rzeczy…(śmiech).
– A kto napisze piosenkę dla Żanety, aby pokazała co potrafi?
– Żaneta sama pisze piosenki, jest w trakcie realizacji swojej kolejnej autorskiej płyty. Nie wchodzę w to, bo lubię poczekać, aż wszystko będzie gotowe.
– Czego panu życzyć?
– Zdrowia i żeby nie było nudy; abyśmy działali.
Rozmawiała Barbara Jagas
Fot. Archiwum Prywatne Roberta Lubery