To podróż w czasie, reporterska wyprawa pokazująca jak zmieniało się Zakopane od czasów Peerelu do nam współczesnych, ale nie tylko, bo także sięgam do dawniejszych epok i przywołuję ich ducha, a także duchy, spotykając je na górskim szlaku lub na Krupówkach. I jak to w tym gatunku, na poły literackim, bywa, historia nie pozbawiona jest wątków osobistych. Reportaż składa się z następujących działów: Pierwsze kroki, Generał, Salamandra, FWP, Dansing w Jędrusiu, Bar mleczny, Krupówki, Wesele góralskie, Kasprowy, Lenin w Poroninie, Krzyż, Żywiec, Hasior, Zima, Witkacy, Koron, Pokłosie.
Autor: Barbara Jagas
Tytuł: Zakopane – zakopane, takie tam bajdurzenie

Zamiast wstępu
Trudno wyrazić uczucie do miejsca, w którym bywało się 60 roków z rzędu. Bo tak to jest w moim przypadku. Niestety, jestem już tak stara, ale i mam miłość, która nie gaśnie wraz z wiekiem.
Postanowiłam więc podzielić się nią z młodszym pokoleniem, a także starszym – które być może to uczucie-odczucie podziela. Ponieważ dla nas, dzieci Peerelu, Zakopane było czymś więcej niż miejsce m trendy…






Pierwsze kroki
Zakopane to nie Maryla Rodowicz dla mnie, to znowu my. Bardziej Młynarskiego, jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach. Chociaż wtedy jeszcze tej piosenki nie kojarzyłam, bo byłam małą dziewczynką. Mimo że leciała w radiu i cała Polska ją nuciła, oprócz moich rodziców, bo ci nie lubili tego piosenkarza. Ojciec twierdził, że nie śpiewa lecz mówi, a mama, iż w ogóle nie rozumie co, bo robi to za szybko. Rodzice byli przyzwyczajeni do melodyjnych utworów, takie w końcu śpiewało się przed wojną, i ten nowy trend nie odpowiadał im zupełnie. Ja z kolei niektóre teksty tego artysty lubiłam, podobał mi się ich ironiczny styl. Natomiast co do tego, że nie jest to żadne śpiewanie zgadzałam się z nimi całkowicie. Ale polemizowałam, że wiersz lepiej wygłosić niż zanucić, w dodatku nie dość głośno. Właściwie Młynarski robił coś pomiędzy, potem mówiło się na to „poezja śpiewana”, chociaż nie do końca uważam, że pan Wojciech był jej przedstawicielem. Piosenki tego artysty były bowiem bardziej lekkie i przyjemne niż dramatyczne i poetycko wyrafinowane. Pokazywały w krzywym zwierciadle rzeczywistość, a czasem tylko ją lekko ironizując. Tak więc kiedy on śpiewał, to rodzice ściszali radio i zajmowali się czymś innym. Najprawdopodobniej miłością, tj. żyli nią, bo byli młodą parą.

A tuż po ślubie wyjechali sobie do Zakopanego. I tam, najprawdopodobniej, zostałam poczęta. Może stąd właśnie moja miłość do tego miasta, zwanego niegdyś zimową stolicą Polski.
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy? – Dokładnie nie pamiętam, ale mogłam mieć jakieś 3-4 latka. Jako mały berbeć wiem, że zjeżdżałam, wraz z rodzicami, FIS-owską nartostradą, która zaczynała się na Kasprowym, a kończyła w Kuźnicach. Do dziś czuję powiew wiatru na policzkach, lekki mrozek i wielką radość, że sama jadę i to szybko, ale też zaraz strach, że się nie zatrzymam, bo w pewnym momencie wydawało mi się, że zostałam sama. Piękne wspomnienie. Jak myśmy jechali, skąd, bo chyba przecież nie z samego Kasprowego, tata by mnie nie puścił. A poza tym sama nie byłam zbyt wyrywna, by od razu szusować z tak dużej góry, najprawdopodobniej dołączyłyśmy do niego z mamą na Kalatówkach.
Kolejne wspomnienie, już nie tak miłe, mam ze zjazdów na oślej łączce, która znajdowała się między Kościeliskiem, a Krzeptówkami. Najpierw trzeba było do niej iść na piechotę, a narty trzymało się na barkach, uwierały, było też ciężko, bo to zupełnie inny sprzęt był. Chyba że spadł świeży śnieg, a nie zdołano uporządkować drogi prowadzącej z WDW, to się zjeżdżało w dół, bo na posypanej żwirem nie dałoby rady. Potem na polanie znowu głównie się chodziło, a dokładnie podchodziło pod górę, bo wtedy nie było jeszcze wyciągów, a na zjeżdżaniu spędzało się najmniej czasu. (Nie tak jak teraz, na każdej górce mamy orczyk.) Na koniec zaś trzeba było jeszcze dojść z powrotem do Kościeliska, a szło się kawał drogi pod wielką górę (dla nas dzieciaków na pewno), która zdawała się nie mieć końca.
I to był koszmar dla małej dziewczynki, jaką byłam, szłam i płakałam, ale nikt na mnie nie zwracał uwagi, a jeśli się poskarżyłam, to słyszałam, że jestem płaksa i nie ma co beczeć, bo zaraz będziemy na miejscu. Byliśmy, ale nie tak szybko.


Zakopane to Skaldowie, Andrzej i Jacek, chociaż nie byli przecież góralami, raczej krakowianami, starszy z nich, co prawda, urodził się w Gdowie, wsi małopolskiej, gdzie teren jest już górzysty, ale obaj bracia studiowali w Krakowie i tam zaczynało się ich życie artystyczne. We wszystkich utworach, głównie komponowanych przez Andrzeja Zielińskiego słychać jednak nieceperską nutę, Jacek zaś podrygiwał na scenie, zresztą nadal to robi, po góralsku, drepcząc jak oni, a może bardziej – one, w charakterystycznych kierpcach, pewnie inaczej by się nie dało. Gdzieś jednak wyczytałam, że początkowo na Podhalu tańczyli tylko mężczyźni, czemu towarzyszyły skoki przez ognisko, dopiero potem dołączyły niewiasty – w pięknych wyszywanych cekinami, lub ozdobionych haftami w kwiaty, serdakach. Zawsze chciałam taki mieć, tj. najbardziej jako mała dziewczynka, a i teraz nie wyzbyłam się tych dawnych marzeń. Pamiętam, że występowałam w takim jeszcze w przedszkolu, mam zdjęcie, gdzie tańczyliśmy po góralsku dla rodziców, pewnie na zakończenie roku. A potem, wiele lat później, przebrano nas w Moskwie, gdzie byłam z rodzicami na placówce, w takie właśnie przepiękne stroje góralskie, bo występowaliśmy jako młodzi polscy artyści w młodzieżowym domu kultury. Tak, tańczyliśmy zbójnickiego, a także inne kawałki ludowe, których uczył nas niezapomniany profesor Krupowicz, na co dzień fizyk, a po lekcjach – kierownik zespołu tanecznego. Uwielbiałam te zajęcia i cieszyłam się na wszystkie słowa krytyczne ze strony nauczyciela, bo wiedziałam, że dzięki jego uwagom będę jeszcze lepsza. Zupełnie w przeciwieństwie do lekcji fizyki, gdzie krytyka mnie demobilizowała, bo za cholerę nie rozumiałam tej dziedziny nauki, musiałam się jej wkuwać na pamięć, a tego nie cierpiałam. A wtedy ten nasz występ na deskach dziecięcego teatru, który był olbrzymi jak Pałac Kultury, serdecznie nas oklaskiwano, nawet bisowaliśmy, i dzięki temu zapadł mi na zawsze w pamięci. Zresztą okropnie się wtedy przejmowałam, także przed wejściem na scenę, na tyle, że przyśpieszyło to moje kobiece dolegliwości i mój udział w przedstawieniu stanął pod znakiem zapytania. Profesor Krupowicz nie przewidział takiego scenariusza i widziałam, jak jest zdenerwowany, co jeszcze bardziej mnie rozstroiło, bo poczułam się winna za tę sytuację i nie widziałam z niej wyjścia, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że wycofanie jednej pary naruszyłoby cały układ taneczny. Jednym słowem, beze mnie i mojego partnera Maćka występ naszego zespołu byłby niemożliwy.
Na szczęście tabletki przeciwbólowe zadziałały, i jak przyjechała mama, którą wezwano, bo początkowo nikt nie wiedział co się ze mną dzieje, to już wychodziłam na scenę. Lekko wstawiona, bo do tego stanu mogłabym porównać to, jak się wtedy czułam, ale szłam, podtrzymywana dziarsko przez mojego partnera. Zresztą chyba dostał wcześniej takie instrukcje od profesora, że ma mnie cały czas pilnować, abym się gdzieś nie osunęła między jednym kręconym, a drugim, a takich układów było sporo w serii ludowych tańców polskich, jakie mieliśmy zaprezentować przed moskiewską publicznością.
Czy akurat wtedy miałam na sobie kierpce, tego nie pamiętam, ale na pewno musiałam je założyć do tańca góralskiego, bo do każdego z nich mieliśmy bardzo dokładnie dopasowany strój, ze wszystkimi detalami. I to było fantastyczne, uwielbiałam się przebierać, zresztą myślałam o tym, aby zostać aktorką, ale tego pragnienia nie zrealizowałam, jak wielu innych, bo zawsze z czegoś trzeba zrezygnować, by wybrać coś innego. Potem za każdym razem, gdy wracałam z Zakopanego przywoziłam sobie ukochane kierpce, uwielbiałam ich zapach i charakterystyczny dźwięk, jaki wydawały przy chodzeniu, który można nazwać trzeszczeniem, dopiero jak się wyrobiły, to cichły.
Na zdjęciu widzę „zamochryszkę” w dresie, wtedy takie stroje obowiązywały na stokach, któremu brakuje jedynek, bo właśnie je stracił z racji wieku, ale uśmiechniętego I mocno dzierżącego dechy pod pachą. Fotka pochodzi z polanki na Krzeptówkach, gdzie stoję pod Giewontem, a jestem już wyhasana, po nartach, a więc zadowolona z życia. Jeszcze nie wiem, że czeka mnie trudne podejście do WDW, bo wtedy dobry nastrój szybko zamieniłby się w płacz.
Tacie było mało nart, bo uwielbiał aktywność fizyczną, bez której nie mógł żyć, zresztą odszedł – moim zdaniem – z powodu jej braku, gdy już miał kłopoty z chodzeniem, więc szliśmy jeszcze wieczorami na spacery. I te nasze eskapady po Kościelisku wspominam z ogromną czułością. Czemu? Bo miały niezwykły klimat… Pod nogami chrupiący śnieg, twarz szczypiąca od mrozu, przed nami gdzieniegdzie palące się światełka chałupek, a nad głową niebo pełne gwiazd. Wyłaniające się z ciemności jodły i dolatujące do drogi odgłosy szczekających psów, czasami przeplatane zabłąkanymi akordami góralskich śpiewów, które wylewały się z całą mocą jeszcze przed zachodem słońca. I my całą czwórką, a wcześniej trójką, gdy L. był tylko w boskich planach, trzymający się za ręce, czasem będący w tak mocnym rodzicielskim uścisku, by móc pofrunąc w górę, jak na huśtawce – fiuuu.
Za dnia miało się inne zabawy, jak jazda na ślizgawkach, dosłownie, bo przy pomocy rodziców, znowu trzymających nas za ręce, można było z impetem przejechać się po mini-lodowisku, bo wcześniej robiło się dzięki temu podobny skok do góry, a potem lądowało na zamarzniętej tafli, która niosła nas do przodu jak na zjeżdżalni, bo użyto wcześniej siły, rozpędu. I wtedy olbrzymi komin WDW był wskazówką dla nas – spacerowiczów, gdzie jesteśmy, na ile oddaliliśmy się od domu, albo – w jakim kierunku trzeba iść, by zdążyć na obiad. Prawie zaraz po kominie wyłaniał się spośród drzew tak samo zielony dach naszego pałacyku, tyle, że o jaśniejszym odcieniu, bardziej idącym w seledyn niż w granat choinek.
A po obiedzie, zwykle złożonym z dwóch dań, bo deser podawano koło siedemnastej, oj czekało się na te pachnące drożdżowe ciasto… Potem leżakowanie na tarasie, ale to już mnie nudziło i męczyło, więc kręciłam się niezadowolona. Dziś nie zazdroszczę mamie, której nawet wtedy nie dawałam spokoju swoją aktywnością, a przecież chciała też sama odpocząć. Ale ja nie – musiałam łazić po balkonie z marsową miną, bo nie mogłam wyjść, co i rusz zakłócając jej poobiednią drzemką. Ta dziewczynka z białymi wstążeczkami w pszenicznych włosach nie zawsze była aniołkiem, przecież widać to na zdjęciach. Zresztą na wielu, także później, miałam taką minę, z której łatwo wywnioskować, że jestem humorzasta, choć wychowywano mnie na grzeczną panienkę, która emocji okazywać raczej nie powinna. Ale mnie to nie wychodziło i dość często się „krzywiłam”, jak mawiał tata, kiedy coś mi nie pasowało. Może jednak przesadzam i w Kościelisku ten zły nastrój występował dość rzadko, oprócz czasu leżakowania, którego rzeczywiście nie lubiłam, ponieważ w górach czułam się generalnie szczęśliwa. Mało powiedziane, przeszczęśliwa. Od początku zakochałam się w tym miejscu. I zawsze uważałam je za swój drugi dom. A może czasem i pierwszy?

Zdjęcie z Zakopanego to fotka z misiem na Gubałówce. Siedzę mu na karku, a on nic, nawet nie szczerzy zębów. Może dlatego, że wyglądałam wtedy jak aniołek, z warkoczykiem, takie się nosiło, i trochę po góralsku – czyli swoja. Miałam świadomość jako dziecko, że niedźwiedź jest przebierańcem, w środku siedzi góral, który jednak mówi trochę dziwnym głosem, tak, że boję się tego człowieka, a nie zwierza. Dlatego siedzę grzeczna, nieco wystraszona. Ale z drugiej strony bardzo mnie ciągnie do białych misiów i jak tylko zjawiam się w Zakopanem, to od razu chcę do niego.
Może to była też obiecana atrakcja, gdy mieliśmy jechać na Gubałówkę. Taka sama jak podczas spaceru na Krupówkach, bo przecież szło się potem na rurki z kremem, a następnie na piernikowe ciasteczka. Co ciekawe, cukiernia dalej istnieje, chociaż minęło kilkadziesiąt lat i dwie epoki historyczne, a niektórzy twierdzą, że trzy. Dlaczego inny los spotkał „Poraja”, najstarszą restaurację w Zakopcu? Czy też „Salamandrę”, najwyżej położony dom wypoczynkowy i sanatorium w Polsce?
Takie samo zdjęcie z misiem miała moja koleżanka z podwórka Iwonka. I inne dzieci, bo w tamtych czasach, wbrew dzisiejszej propagandzie, jeździło się do Zakopanego. Może nie wszyscy na narty, bo nie było takiego ogólnonarodowego pędu, jaki obserwujemy dzisiaj, ale by chociaż wjechać turystycznie na Kasprowy Wierch, gdzie góry widać jak na dłoni. Te obrazy niezwykle urodziwych zaśnieżonych szczytów pamiętam od najmłodszych lat. Tak jak mam w uszach śpiewy górali pod koniec dnia, takie charakterystyczne – na głosy. I to, że wszyscy prawie wtedy chodzili w tradycyjnych góralskich strojach, a już na pewno kelnerki w WDW. Bardzo chciałam taki mieć i męczyłam mamę, by mi go kupiła przez kilka lat pod rząd, bo co roku wyjeżdżaliśmy pod Giewont. Ale była nieugięta i ze spokojem odmawiała, argumentując, że trzeba to specjalnie zamówić, a mnie się wydaje, że to była po prostu droga impreza. I kaprys małej dziewczynki nie mógł być usprawiedliwieniem dla tak luksusowego zakupu, tym bardziej, że mogłam szybko zmienić zdanie. Albo bym po prostu błyskawicznie wyrosła, tak że nawet nie zdążyłabym się nacieszyć upragnionym strojem. A nie miałby kto po mnie go nosić, bo przecież brat serdaczka z cekinami by nie wdział. Co innego ciepłą kurtkę czy rajtuzki pod spodnie. A zimy wtedy były srogie, mroźne, chodziło się po zaspach, trzeba było uważać, aby się nie zakopać w śniegu – nawet tam w Kościelisku, które było przecież położone na dole, no trochę powyżej Zakopanego. Na stokach też trzeba było być ostrożnym i raczej zjeżdżać dopiero wtedy, gdy dorośli uklepali nieco górki. Bo wtedy nikt przecież nie przygotowywał tras, myślę o oślich łączkach, ale i wyżej – też to się działo sporadycznie, chyba, że była to trasa FIS; trzeba było zdecydowanie liczyć na siebie. I właśnie wchodząc do góry, aby zjechać, bo nie było też wyciągów, przeważnie na jodełkę, utwardzało się jednocześnie zbocze. Po takiej więc zaprawie nic dziwnego, że człowiek był trup, a zwłaszcza dziecko. I powrót jeszcze na piechotę z nartami na plecach, w dodatku znowu pod górę, dość wysoko, był doprawdy wyzwaniem. Nagrodą za trudy mogła być tylko wycieczka na Gubałówkę i oglądanie stamtąd panoramy Tatr, a wśród nich Śpiącego Rycerza. Tutaj, w przeciwieństwie do misia, wierzyłam w legendę, że zasnął. Byłam pewna też, że któregoś dnia się obudzi, dlatego uwielbiałam patrzeć w jego stronę, obserwować, czy już…? Przy słonecznej pogodzie brało się kocyk i … na leżaczek, zresztą było do tego specjalne miejsce, gdzie się opalano. A także próbowano śmietany, oscypka, zsiadłego mleka, żentycy. Do dziś pamiętam zapach tych pysznych wyrobów, czego nie doświadczam w dzisiejszych czasach, bundz czy inny ser w ogóle nie pachną, jak by były sztuczne. A wtedy nawet zbliżająca się do nas góralka z koszykiem pełnym wiktuałów specyficznie pachniała – to była mieszanina zsiadłego mleka, śmietany i siana, a może nawet końskiego gnoju, za którym przepadam. Myślę, że dzięki tym atrakcjom za bardzo się nie wierciłam na leżaku. Zresztą za długo i tak nie siedzieliśmy na słońcu, ojciec szybko się nudził, a mama nie przepadała za opalaniem.
Teraz przypomniało mi się, że oprócz kierpców, które pachniały skórą, dziś – co dziwne, takiego odczucia nie mam, a wąchałam je w tym roku, bo znowu pojawiły się pod Gubałówką, po wieloletnim okresie niebytu, przywoziłam z Zakopanego ciupagę i piórnik. Też taki standard, inne dzieci miały podobne pamiątki. Ale ja zwłaszcza te piórniki z wycinankami bardzo lubiłam i po prostu używałam je w domu i szkole, chowając do środka stalówki. Bo tak, zaczynałam pisanie od… pisania wiecznym piórem Teraz uprzytomniłam sobie, że w ławkach były specjalne niecki, gdzie wstawiało się kałamarz. I że trzeba było uważać, aby nie poplamić sobie mundurka. Ale generalnie lubiłam pisać stalówką i wyciągać z kałamarza tusz, a także pakować wszystko do góralskiego piórnika. Wiem, że dorośli przyjeżdżali do Zakopanego, a właściwie częściej do Nowego Targu po inne wyroby góralszczyzny, a mianowicie kożuchy. Widać ich urodę na filmach dokumentalnych z tamtego okresu, i wcześniej. W pięknie haftowanych góralskich kożuszkach występowali przecież wspomniani wcześniej „Skaldowie”, a także, wydaje mi się, ale to już dużo później – Maryla Rodowicz. „Pędzą, pędzą sanie, góralskie koniki…” – śpiewali Andrzej i Jacek, siedząc na saniach, które wiozły ich ośnieżoną drogą, pomiędzy białymi choinkami, a w tle słychać było dzwoneczki. Nic dodać, nic ująć. Sama pamiętam jak przez mgłę, że jako dziecko brałam udział w kuligu – byłam okryta skórą z barana, nade mną woźnica trzymał pochodnię, a towarzystwo śpiewało, dorosłych, rzecz jasna. Ten nastrój przygody i wesołości zapisał się w moich komórkach mózgowych jak wiele innych obrazów z dzieciństwa, do których się tęskni. Zresztą całe życie marzyłam o sannie i jak dotąd nie spełniło się to moje pragnienie zimowej zabawy. Nie wiedzieć, czemu. Może nie miałam odpowiedniego towarzystwa, a innym razem – nie było śniegu. Fakt jest faktem, nie mogę temu zaprzeczyć, że kulig w Zakopcu mam odrobiony, choć nie do końca posmakowany. Obraz ze wspomnianego sprzed lat wydarzenia w jakimś momencie się urywa, może położyli mnie spać?
Długie niekończące się korytarze pokryte wyblakłymi dywanami, miejsce zabaw dzieciarni, kiedy ich rodzice udali się na poobiednią drzemkę, to kolejny obraz Kościeliska. Tylko moi nie chcieli spać i rzadko kiedy wypuszczali mnie z pokoju, bo nie życzyli sobie, abym dołączała do rozwydrzonych bachorów, które zakłócały słuszny odpoczynek ich opiekunów. A tam można było ganiać bez końca, bawiąc się w berka lub po prostu biec przed siebie radośnie z dziecięcej naturalnej potrzeby ruchu, niektóre zakamarki sprzyjały zabawie w chowanego. Gdzie jest ten czas, chciałoby się powiedzieć, beztroski, tysiąca możliwości przed sobą i zaciekawienia każdą wydarzoną chwilą. Bo nosiła ona nie tylko nowe wrażenia, czy znajomości, ale także cudowne zapachy i smaki. Jak ten – letniej osłodzonej herbaty znajdującej się w olbrzymim samowarze, a może to był rodzaj szybkowaru, przypominający tamtego kształtem, który stał na owym korytarzu, zawsze jeden na piętrze, a może czasem – dwa. Czekało się nań, ten pierwszy łyk zaczarowanego napoju, przez cały boży dzień, a na pewno poobiednie popołudnie. Aż słychać było charakterystyczny dźwięk stolików na kółkach, którymi je wywożono z kuchni, tak jak chwytało się moment zapachu ogórkowej, który nie wiadomo jak wchodził aż do pokoju. I wtedy następowało podniecenie, że … już… Za chwilę można było odkręcić kran, z którego sączyła się, czasem kapała – bo zapchał się niechcianym tu liściem herbacianego suszu, cudowna brązowa ciecz, którą nalewało się do przygotowanych białych kubeczków, przypominających filiżanki – bardziej wielkością niż kształtem. Ale nam przecież było wszystko jedno, albo inaczej – cieszyliśmy się tą prostotą otaczających nas w Peerelu przedmiotów, których wybór był skończony, a co rodziło spokój.
I nie zakłócał go brak wiedzy o tym, że tymi samymi korytarzami, gdzie myśmy się bawili, chodziła Maria Curie-Skłodowska, krewna Dłuskich, która pomagała im w sfinansowaniu tego przeciwgruźliczego sanatorium, podobno poszła nań cała nagroda Nobla, a która zapewne piła herbatę z filiżanki Rosenthala, a potem przechadzał się tędy Piłsudski, którego imieniem nazwano późniejsze sanatorium wojskowe. Wszyscy lubimy ciekawostki historyczne, ubarwiają one życie, ale działają też zaśmiecająco na odbiór świata, zniekształcając go. Dlatego dzieci są tak radosne… bo generalnie mało wiedzą.




CD. odpłatnie w systemie 5-10-15, tzn. 5 zł za pierwszą część książki, 10 – za drugą i 15 – za trzecią albo 20 zł za całość.
Opłaty proszę uiszczać przelewając na podane niżej konto wybraną kwotę z zaznaczeniem o jaką część e-booka chodzi. A następnie należy z potwierdzeniem wpłaty napisać do mnie mejla, a ja prześlę zamówiony tekst (w pdf).
moje konto: 77 1240 1037 1111 0000 0588 3220
email: barbara.jagas@gmail.com
W razie pytań, proszę o telefon (502-070-377).