Wspomnienie lata

Tytuł tego felietonu miał pierwotnie brzmieć inaczej, bardziej naukowo, bo ten obszar rzeczywistości najbardziej mnie zawsze interesował. Nie na darmo robiłam przed laty doktorat, tyle, że za ostro się wzięłam, naraz z dwóch tematów… więc ostatecznie zostałam dziennikarką.

Była jedna z niedziel tego lata. Usiadłyśmy z Gośką w cieniu, na leżakach, jak to damy w pewnym wieku, i zamiast opalania oraz pływania, bo było to nad jeziorem ( a konkretnie Zalewem Zegrzyńskim), zaczęłyśmy sobie gadać, spoglądając jednocześnie na miasteczko łabędzie, jakie w tym niezwykle dzikim miejscu te ptaszyska sobie uwiły.

Na początku rozmowa toczyła się sama, że piękne lato, woda już zaprasza do kąpieli, bo lekko podgrzana, a na horyzoncie widać tylko pływające lody koloru śmietankowego.  Gdy nagle pojawił się na tej spokojnej, niczym nie zmąconej tafli, bo ptaszyska zwyczajnie sobie drzemały, tajemniczy obiekt… Był to pływający domek, nieduży, parterowy, koloru czarnego.

– Myślisz, że będziemy kiedyś nieśmiertelni?, zadała nagle to pytanie Małgorzata.

– Pewnie, że tak, odpowiedziałam bez zastanowienia. Miałam na myśli rozwój nowych technologii, które już przedłużyły znacznie życie, rekonstruując zużyte części ciała, bo czym są sztuczne soczewki, brakujące kończyny sterowane przez impulsy nerwowe, czy nawet sztuczne serce, na razie stosowane doraźnie przy przeszczepie nowego.

– Wyobrażam sobie, że w przyszłości umieszczą nas (czyli świadomość) w takim na poły robocie i wyhodowanym z komórek macierzystych ciele, bo mózg – jako coś, co nami steruje, będzie też już narzędziem, za pomocą którego będziemy się porozumiewać…

– Są już prostsze sposoby!, przerwała mój  wywód Małgo, dziennikarka telewizyjna, będąca co prawda na wakacjach, ale non-stop zajmująca się nauką, bo to była jej pasja. – Możemy nawet żyć wiecznie. – Tak, tak, nawet w tych samych ciałach, Basiu.

Ale zanim rozwinęła swą myśl, na brzegu zacumował już domek typu holenderskiego, a z niego wypadł, omijając trop, szpakowaty krótko ostrzyżony mężczyzna o bladej twarzy. – Sie macie dziewczęta, jak tam życie!?, wypalił ze sztuczną radością.

Po kilku zdaniach zorientowałyśmy się, że jest, owszem, wesołym wujaszkiem, ale pod wpływem środków zmieniających nastrój, który udał się na wycieczkę owym domkiem po Zalewie, wraz z czwórką bratanków, by świętować swe 60-te urodziny. Jego kompani byli też lekko podlani, oprócz najmłodszego z nich – szczupłego blondynka o szczurzej twarzy intelektualisty.

„Wesoły wujaszek” nie miał zgody na swą sześćdziesiątkę,  choć ją świętował, bo w naszej kulturze oznacza to koniec aktywnego życia, zwłaszcza gdy się jest już na emeryturze,  na której ten facet już był od paru lat, jako były policjant. W dodatku świętował w destrukcyjny sposób, zalewając się w sztok, czyli uciekając od życia.

To samo można powiedzieć o jego młodych towarzyszach, którzy niestety nie potrafili cieszyć się pięknym latem  i fajną wycieczką, jaką zorganizował im wujek;  ale bez pocieszyciela, jakim jest alkohol. – Widzi pani, właśnie skracam sobie egzystencję o 10 minut, zapalając kolejnego papierosa, powiedział akurat intelektualista, czekając  komentarz z mojej strony.

Ale go nie usłyszał.

– Co miałaś na myśli, mówiąc o życiu wiecznym,  w tych samych ciałach?, zapytałam przyjaciółkę, gdy starzy-młodzi już odpłynęli.

– Wiesz przecież, że nasze komórki co jakiś czas się odnawiają, najpierw co siedem lat, a potem te odstępy czasu się wydłużają na skutek skracania się telomerów. Ale jak się dowiedziałam, naukowcy są na drodze do zapanowania nad tym efektem, właśnie wynaleziono jakąś substancję, która hamuje ten proces. Jeśli to się stanie, będziemy mogli się odnawiać i żyć wiecznie. Tak jak te meduzy Turritopsis dohrnii, które są faktycznie nieśmiertelne dzięki temu, że ich telomery są zawsze tej samej długości, co daje możliwość ciągłego odradzania się komórek, czyli zamiany dojrzałych w macierzyste. Ten cykl może powtarzać się w nieskończoność,  i wtedy meduza żyje bez końca, chyba, że jakiś drapieżnik ją chapnie.

Chyba nie miałam ochoty na kontynuację tej  rozmowy, i zaraz dałam nura do wody… A wtedy łabędzie do mnie podpłynęły, otaczając mnie w koło. Uznając za swoją?

Barbara Jagas

O mnie