Szymanowski w Atmie

Życie to wybory, jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało. (Czasami włącznie z rozkręcaniem depresji, co robimy nieświadomie). Ale by się o tym przekonać, trzeba przeżyć parę latek (niektórzy szczęśliwcy wiedzą to od urodzenia, i tym należałoby tylko pozazdrościć.)

Na przykład ja nie wybierałam złamać sobie rękę na trasie, ale za to dokonałam wyboru trasy, na której to się stało. Było połazić wpierw po Zakopcu, potem pojechać se do Kościeliskiej, a ja niczym raptus pognałam od razu na górę. Człowieku, kobieto, ile ty masz lat?, pytam teraz sama siebie.

No i stało się, w konsekwencji, szpital, operacja i …Dolina Kościeliska już z ręką w gipsie.

A gdyby nie złamana ręka, Andy by za cholerę nie przyjechał, a tak go zwabiłam na trzy dni…. ale dzięki  A. obejrzałam (i usłyszałam) w Z. naprawdę cuda. Nasze wybory zależą od ludzi, których spotykamy na swej drodze.( – Nie wierzycie?, Wasza sprawa.)

Zawsze mi było nie po drodze do „Atmy”, bo tyle w Zakopanem się działo, a poza tym głównie  przyjeżdżałam tu na narty lub chodzenie po górach, rozrywki kulturalne przekładając na kolejny rok. I proszę, tym razem  się zdarzyło… dzięki wizycie A., który koniecznie chciał mi pomóc (w powrocie do zdrowia?), a przy okazji miał pragnienie zobaczenia chałupy Szymanowskiego.  – Tak, robi wrażenie, takie, że chciałoby się  w niej od razu zamieszkać. Podobnie jak słuchanie wewnątrz jego utworów, genialnie nagranych, czułam się jakbym była na koncercie. Jedyne, czego nie mogłabym tylko znieść, to widoku pianina, na którym nie udałoby mi się zagrać. (Na razie.)(Bo obiecałam sobie, że jak tylko dojdę do normy, wrócę do grania, gdyby nie wiem co,)(Nawet gdyby okazało się, że nie pamiętam nut, a czego boję się jak diabła.)

Artysta wprowadził się do „Atmy” dopiero pod koniec swojego życia. Ale gdzie miało powstać jego muzeum, jeśli nie w miejscu, gdzie kończył komponowanie baletu „Harnasie”, który uważa się za najwybitniejsze jego dzieło. Był nie tylko muzykiem, kompozytorem, ale równie doskonałym  pisarzem, porównywalnym do Iwaszkiewicza, z którym się przyjaźnił. Stworzył genialną powieść „Efebos”, gdzie odkryjemy wątki autobiograficzne Szymanowskiego, gdyby udało nam się ją przeczytać w całości. Jednak w tym celu trzeba by udać się do innego pisarza, któremu Karol dał na przechowanie  rękopis, a który nie dość, że nie żyje, to jeszcze podobno nie pokazał jej nikomu. Jak jest naprawdę, nie wiemy, ale może w przyszłości jakiś badacz zajmie się tym tematem i będziemy mogli przeczytać  „Efebos’ w całości.

Urodził się w starej szlacheckiej rodzinie  w Tymoszówce na Ukrainie, gdzie jak w tyglu mieszały się różne narodowości, co nie było bez znaczenia dla jego twórczości. Miał też wrażliwych umuzykalnionych rodziców, którzy w porę dostrzegli talent muzyczny u syna i odpowiednio pokierowali jego karierą, posyłając go na nauki do najlepszych, takich jak  Artur Rubinstein, który został później  jego przyjacielem. To jemu potem Karol poświęcił pełną namiętności IV Symfonię. (Szymanowski, jak Witkacy „rozdawał” swoje teksty i kompozycje bliskim sobie ludziom, czerpiąc z tego radość.)

Potem trafił do Jelizawietgradu, trochę mniejszego majątku, gdzie zmuszony był przenieść się z rodzicami, „dzięki” rewolucji, ale tutaj nie miał już swojej pracowni…

/A teraz przerwa, bo jestem bez śniadania, a tu południe się zbliża…//To też wybór, tym bardziej, że na głodnego inaczej się pisze niż z pełnym kołdunem:)/

Mieszkał w Bydgoszczy, Warszawie, a na końcu Pod Giewontem.

Lubił podróżować (kto nie lubi?)(Oprócz Hanki Bakuły), podróże były dla niego inspiracją, inspiracją do kolejnych utworów. Dzięki Witkacemu poznał Włochy. Potem już sam wybiera się do Algierii, a także do Biskiry – starożytnego miasta położonego na szlaku handlowym, skąd szły karawany z północnej Afryki w kierunku Europy (dalej już płynąc), wioząc tamtejsze produkty (jak by się dziś powiedziało. – Nie zauważyłam jednak w twórczości Szymanowskiego motywów afrykańskich (które z kolei słyszałam u jednego górala, który odwiedził Afrykę), natomiast coś z dorobku Richarda Straussa można by usłyszeć, to te radośniejsze kawałki, z którym artysta zapoznał się przy okazji swej bytności w Berlinie.

Z kolei za młodu podróżował mentalnie do Tetmajera i Kasprowicza, wynikiem czego są łzawe pieśni. (No nie lubię Kasprowicza, przepraszam, tak jak i Wojaczka, bo zbytnie smutasy dla mnie są, choć geniusze.)

By w wieku dojrzalszym otworzyć się na radość, czego dowodem są liczne jego karykatury – pióra i pędzla dwóch damskich wyznawczyń Karola – Stryjeńskiej i Berezowskiej, odzwierciedlające duszę damskiego uwodziciela, i birbanta.

Z Marią Bujakową nigdy się osobiście nie spotkał, ale w jego domu były jej prace.  Artystka z kolei słuchała często muzyki kompozytora, pod wpływem której tworzyła.  Pewnie gdyby nie Bujakowa, jej miłość do drzew, czemu dawała wyraz w swoich tkaninach, nie powstałby mazurek na fortepian op.50 nr11 Szymanowskiego, a coś innego. W „Atmie”, gdzie kompozytor spędził jedne z najszczęśliwszych swoich lat odbywa się tej jesieni (2025) wystawa prac Marii – są to koronkowe serwety oraz późniejsze kilimy przedstawiające nuty.

Nie napisałam o jego wielu męskich przyjaźniach, artystach – których cenił i miłował, a wśród nich Bartusiu Obrochcie, góralu-muzyku (a który z nich nim nie jest!), kojarzącym się ze słynną „Obrochtówką’ w centrum Zakopanego. Ale jak stwierdziłam wcześniej, nasze życie to wybory, powiem więcej – wybory czasu, jaki poświęcimy na to, czy na tamto, a kosztem czegoś innego, więc… nie będzie o panach w życiu Szymanowskiego (tym razem).

 

 

Barbara Jagas

O mnie