To wyzwanie dla kogoś, kto ma za dużo energii i jest zdrowy. Zwłaszcza gdy osiądzie w sanatorium „Rolnik”, które niczym współczesne SPA jeszcze bardziej odżywi ciało i ducha. Chyba, że przelecimy się po okolicznych wąwozach, a wieczorem zapas sił zużyjemy na tańcach-wywijańcach w zdrojowym Atrium. Można jeszcze poratować się inaczej, wstać o świcie i pofrunąć balonem. – Do odważnych świat należy. Długo zwlekałam z decyzją, aż w końcu przyjechałam tu specjalnie, by wzbić się do góry i spełnić swoje dziecięce marzenia o lataniu – mówi pani Alicja ze Śląska, która wcześniej zaliczyła szklane mosty w Chinach. – I nie żałuję, było bosko, widziałam z góry stado saren… – dodaje z entuzjazmem. Tyle, że loty balonem są tutaj niepewne ze względu na zmienność pogody, zwłaszcza w ostatnim czasie, gdy z klimatem się coś dzieje. Nawet zawodowi baloniarze, którzy przybyli tu na XVI już zawody, które miały odbyć się w dniach 4-8 sierpnia musieli poczekać, aż zmieni się aura – przestanie padać i wiatr ucichnie.







Ale za to…
Można tu posłuchać puszczyka i kwakania kaczek, czasem jeden z trzech łabędzi pływających po stawie zdrojowym wyda z siebie jakiś dźwięk. Zresztą te piękne białe ptaszyska są tak oswojone, że nie tylko dosłownie jedzą z ręki, ale też „gęgają” wkurzone, gdy człowieku nic im nie przyniosłeś ze śniadania.
Muzyka jest w ciszy i spadających liściach, nie ma jej w Pałacu Małachowskich, który tętnił życiem jeszcze do niedawna, a na koncerty waliły tłumy. Ale nie tylko koronawirus wszystko wyciszył, remont budynku po prostu się przeciąga i nie wiadomo, kiedy pałacowe sale zabrzmią piękną muzyką. Tym bardziej, że wiadomo, iż zamiast ogólnodostępnego miejsca kultury, gdzie m.in. było muzeum Prusa, powstanie luksusowy pensjonat, który budują przedsiębiorcy ze spółki Nałęczów Zdrój. Co oni kombinują, jakie mają plany, niewiele wiadomo, miejmy nadzieję, że zrobią także coś dla ludu; fakt jest faktem, że Prusa przeniesiono do Ochronki, którą kiedyś biednym wiejskim kobietom zafundował Żeromski, robiąc tu przedszkole, a dom zaprojektował Jan Koszyc-Witkiewicz, bratanek Stanisława. Ciekawe, czy pójdą w ślady naszego niedoszłego noblisty, czy też pomyślą tylko o tym, by inwestycja się zwróciła, a potem przynosiła korzyści osobiste. Bo jak na razie to, co dzieje się wewnątrz jest nie tyle tajemnicze, co musi być robione z dużym rozmachem, o czym świadczy zatrudnienie do prac znanego scenografa oper według Trelińskiego, a mianowicie Borysa Kudliczki. Co zrobi ten artysta z salami barokowymi byłej rezydencji Małachowskich. Czy zrealizuje tam swoje futurystyczne wizje, by szokować nowym ujęciem starego, tak jak to było w przypadku oper w Teatrze Wielkim? Na razie mówi się, że zburzone zostały jakieś ściany działowe…

Czerwone Gitary
Tak czy inaczej, Nałęczów, a raczej Park Zdrojowy w nim, gdzie skupia się życie kuracjuszy, pozostaje nieco w stanie uśpienia. Jedynie z głośników przejeżdżających melexów przerobionych na stare samochody, którymi można zwiedzić całe miasteczko, i okolice, docierają przeboje „Czerwonych Gitar”. Podobny klimat odnajdziemy wieczorem w klubie „Atrium”, gdzie po basenie z białą glinką, który jest na górze, można zejść na dół do kawiarni i zatańczyć na dansingu żywcem przeniesionym z Peerelu. Widać to gołym okiem, średnia wieku przebywających tu kuracjuszy oscyluje między 70 a 80-tką, to dla nich, pod nich gra muzyka, a raczej jej smętne resztki. Bo poziom wykonania jest raczej mierny.
Ale uwaga, wiek tutejszych bywalców wcale nie przesądza o ich kondycji. Przeciwnie, ożywione zabiegami ciało, wzmocnione źródlanymi wody, pręży się w tańcu i wywija, niczym węgorz w jeziorze, bo nie w stawie. – Tak, tak, panna Krysia nie przyszła dzisiaj, ale za to hasamy po sali z równie miłą Danusią. A wczoraj… wczoraj dotarłem do „Rolnika” po dziesiątej, tak że ledwo mnie wpuścili… Dzisiaj? Do południa wcale się nie nudziłem, bo wyszły mi jakieś krosty na brzuchu i musiałem lecieć do doktora – krzyczy do komórki jeden z balowników. – Halo, halo, muszę kończyć, bo koniec przerwy – wstaje od stołu siwy pan z okazałym brzuszkiem i świeżą opalenizną, takich tu najwięcej, gasząc w pośpiechu komórkę, by pewnym krokiem udać się na drugi kraniec sali, gdzie czeka na niego postawna blondyna w czerwonej sukience.
Kiedy zatańczą, czas stanie w miejscu.

Rolnik szuka żony
Masaż klasyczny, hydromasaż w wannie, gimnastyka w basenie, kąpiel kwasowęglowa gazowa, łóżko rekondycyjne, gimnastyka kardiologiczna, okłady z borowiny to tylko wycinek tego, co może zaoferować dzisiejsze sanatorium „Rolnik”, które powstało w latach 70. ze składek chłopów, skupionych w kółkach rolniczych. Nadal przyjeżdża tu wielu z nich, już będących w wieku emerytalnym, nierzadko producentów przetworów owocowych, rzadziej wyrobów mięsnych, bo jak wiadomo, to nam dziki kapitalizm odebrał, który ściągnął tu zagranicznych producentów. Dawniej mówiło się, że w sierpniu „Rolnika” okupują sami biznesmeni z Lubelszczyzny, teraz jest ich mniej, raczej trafili tu na rehabilitację w ramach NFZ chorzy z całego kraju, a także bogatsi seniorzy – dla podreperowania zdrówka. W innych placówkach jest więcej osób młodych, ponieważ tam trzeba wychodzić na zabiegi, które są rozmieszczone w różnych punktach Parku Zdrojowego, w przypadku „Rolnika” wszystko jest na miejscu. I jak na razie ma on się dobrze i nikomu nie przyszło do głowy, aby ten peerelowski obiekt przerobić na bank lub market, albo też zostawić, by zniszczał. A może to zasługa po prostu kierownictwa sanatorium, które umiało ożenić państwowy obiekt z rodzimym biznesem. Jednym słowem, chłop żywemu nie przepuści, czyli rolnik znalazł żonę w postaci turnusów komercyjnych. W przeciwnym razie byłby to niezły kąsek do przechwycenia na ekskluzywne SPA, brawo chłopi, nie poddali się i nie oddali swego.
Kto nie musi jechać na kurację nad Morze Czerwone, by pławić się w tamtejszych błotach, a wystarczy mu biała glinka w Polsce, sprowadzana z Grecji, powinien przyjechać do Nałęczowa. Pisał o tym Bolesław Prus, w kronikach nałęczowskich, który bywał tu każdego lata, łącznie podobno 28 razy, zachęcając do rodzimych kuracji. Bo w tamtych czasach także jeździło się najchętniej do wód za granicę. Tymczasem w Nałęczowie było wszystko, a także można było nawet połączyć zabiegi z konsumpcją. W obecnych Starych Łazienkach pławiono się w wannach, jednocześnie pałaszując leguminę, lub popijając kumys, którego produkcją zajmował się miejscowy Turek. A potem szło się jeszcze odpoczywać do „leżakowalni” (nie wiadomo jak ją pisać, z cudzysłowem czy bez), która niebawem ma ponownie stanąć poniżej Domku Greckiego. Dziś każdy kuracjusz ma swój leżak na balkonie, ale widocznie idea wspólnej poobiedniej sjesty-drzemki odżywa, zwłaszcza w epoce covid-19, która sprawiła, że zatęskniliśmy za towarzystwem bliźniego.
Żelazista woda
A po nabraniu sił warto jeszcze przejść się alejkami Parku Zdrojowego, który został przed laty zaprojektowany przez czwórkę znakomitych lekarzy: Fortunata Nowickiego, Wacława Lasockiego, Konrada Chmielewskiego i Władysława Sipniewskiego, którzy powrócili tu w 1877 z Syberii, by wskrzesić nałęczowskie uzdrowisko. I tak, niezwykłe powietrze, jakim uraczymy swój organizm zawdzięczamy mieszance katalpów, skrzydłoorzechów chińskich, tulipanowców amerykańskich z naszymi rodzimymi dębami, kasztanowcami, jesionami i lipami. Wytwarzane przez tę niezwykłą kompozycję drzew olejki dobroczynnie wpływają zwłaszcza na układ krwionośny i najważniejszy mięsień naszego organizmu, jakim jest serce. Wiedzieli to dawniejsi lekarze, doceniają wpływ przyrody na nasze zdrowie, ba, umiejętność dobrania właściwego klimatu nań, także współcześni doktorzy, konsultując uplasowanie jednego z najlepszych szpitali kardiologicznych właśnie w tym miejscu, ta nowoczesna placówka działa od 2017 roku.
A kiedy już napijemy się żelazistej wody z tutejszej pijalni wód, możemy odpocząć na ławeczce obok Prusa, rzeźby wykonanej przez dwóch miejscowych artystów Stanisława i Zbigniewa Strzyżyńskich, ojca i syna. Może poczujemy przypływ sił witalnych, jak owe damy, opisywane przez pana Bolesława, które przyjeżdżały do wód mizerne, a opuszczały je rumiane.
Nostalgia miasteczka-ogrodu
Ale Nałęczów to nie tylko Park Zdrojowy, a w nim miejsca rozkoszy dla ciała i ducha, o czym świadczą zachowane nazwy: Termy Pałacowe, Stare Łazienki, sanatorium Księcia Józefa czy Pawilon Angielski, ale także miasto-ogród, którego twórcą był inżynier Michał Górski. To dzięki jego inicjatywie dawna osada ponad sto lat temu przekształciła się w romantyczne miasteczko willowe. Niestety, niektóre z tych pięknych domów od lat porasta mech, ponieważ liczni spadkobiercy nie są w stanie dogadać się odnośnie renowacji lub ewentualnej ich sprzedaży. To spotkało m.in. przepiękną drewnianą willę w stylu szwajcarskim należącą, nomen omen, do rodziny Górskich i równie urodziwą „Oktawię”, którą przed laty zamieszkiwał Żeromski, wraz z małżonką Oktawią. Niszczeje też położona nieco wyżej pracownia niedoszłego noblisty – Chata Żeromskiego, ale już w stylu zakopiańskim, zaprojektowana przez Jana Koszyca Witkiewicza, bratanka Stanisława i męża pasierbicy autora „Popiołów” (ależ to skomplikowane!), która z kolei należy do Muzeum Narodowego w Lublinie. Szkoda, że nikt nie oczyścił przynajmniej dachu, ale witrażyk zrobiony na podstawie rysunku przedwcześnie zmarłego i utalentowanego Adasia, umieszczony w jego mauzoleum, jest w renowacji, i za to chwała.
Na szczęście mamy wiele innych budowli nałęczowskich, które możemy podziwiać w pełnej krasie, a to dzięki inicjatywie właścicieli, którzy zadbali o ich urodę, a jest to willa „Różana” czy dawny hotel „Ukraina” – tutejsza perła stylu włoskiego.
***
A na końcu wpadamy do naszego sanatorium „Rolnik”, gdzie czas stanął w miejscu, ale za to mamy basen i masaż, a także traktują nas jak prawdziwych kuracjuszy, mierząc codziennie temperaturę. Może dzięki temu nikt nie złapał wirusa…?
Szafa gra, komoda tańcuje i jest luzik, jak mawiało się w liceum. – Tutaj naprawdę można się wybyczyć, a także dać upust podniebieniu, w Domu Zdrojowym czekają nas wspaniałe ciacha, desery, a także dobre bułgarskie wino, jak za Peerelu – mówi pani Bożena, która jest tu już po raz 4 i przyjedzie znowu za rok.
Mnie od tego rozluźnienia, i przejedzenia, wypadła stara dobra plomba. A może nie była taka świetna?
Barbara Jagas, tekst napisałam w 2021 roku