Tylko u mnie wywiad z twórcą, a dziś honorowym prezesem Biegu Piastów, w którym biorą udział, lub brali, wszyscy młodzi i starzy amatorzy nart-biegówek. Bo któż z Państwa, jeśli nie był w Jakuszycach, to przynajmniej o nich nie słyszał (?)
– Wywiad, choć przeprowadzony dwa lata temu (w 2023) jest nadal aktualny, jak historia życia tego niezwykłego człowieka (jakim jest Pan Julian). Zresztą sami zobaczcie; miłej lektury.
Rozmowa z Julianem Gozdowskim, honorowym prezesem Stowarzyszenia Bieg Piastów
– Jak się panu podobał tegoroczny Bieg Piastów?
– Ja uważam, że wszystko się udało, było dużo ludzi, sprawnie to wyszło od strony organizacyjnej. Była wspaniała pogoda, sprzyjająca narciarstwu biegowemu i przybyło dużo widzów, osób towarzyszących naszym zawodnikom. To się już zrobiła impreza bardzo masowa.
– A przecież zaczęło się kiedyś od biegu dla dzieci…
– Nie, pierwszy Bieg Piastów był mieszany, dzieci po prostu brały w nim udział i było ich ponad 150, a wszystkich zawodników powyżej 500, co dziś jest śmieszną liczba, bo współcześnie biegnie 4-5 tys. ludzi i więcej. Ale od czegoś trzeba zacząć. Ja właśnie zaproponowałem wtedy, tj. w 1976 roku, aby jak najwięcej dzieci startowało, były przeważnie ze Szklarskiej Poręby, Sobieszowa a także spod Podgórzyna.
– Ja tutaj przyjechałam na narty, nie biegam, ale moi znajomi tak, dziś im kibicowałam, kolega dostał piękny medal za bieg na dystansie 50 km. Co prawda, marzył, aby znaleźć się obok Justyny Kowalczyk, ale to nie wyszło, dostał miejsce w czwartym sektorze, a nasza mistrzyni, która zdobyła drugie miejsce, biegła w pierwszym.
– Wszystko widziałem, to jest zawsze wielkie przeżycie. Dla mnie w tym roku szczególne, bo wystartowała moja córka Elwira, która też ukończyła bieg i chwaliła się medalem, opowiadając jak było na trasie. Widziałem po niej, jak się cieszy z tego zwycięstwa, a ja się radowałem wraz z nią. Bo to jest obojętne które miejsce się zajmie, ważne, że się przebiegło trasę, bo to jest wygrana ze sobą.

– Czym dla pana jest sport?
– Jest ulubionym zajęciem, od dziecka. Miałem kiedyś taką czapkę, marusarzówkę, jak się na nie mówiło, i chciałem bardzo zostać sportowcem. Niestety, nie osiągnąłem wystarczających wyników, chociaż próbowałem sił w różnych dziedzinach. Później się zorientowałem, że nie mam do tego predyspozycji, by uprawiać sport wyczynowo.
– Rozumiem. A czy dziś jeszcze trochę jest pan aktywny?
– Nie, już nie za bardzo. Mam 87 lat i odczuwam ten wiek. Ale chodzę na spacery – po górach, czasem przyjeżdżam do Jakuszyc i chodzę po trasach biegowych, które kojarzą mi się z Biegiem Piastów, do którego mam sentyment. I wtedy wydaje mi się, że biorę w nim udział; trochę tak.
– Żyjemy teraz w trudnych czasach, na Ukrainie wojna. Czy pan pamięta drugą wojnę światową?
– Niestety, pamiętam dokładnie. Urodziłem się w 1935 roku, więc jak wybuchła miałem 4 lata.
– Co może pamiętać takie dziecko?
– Bardzo wiele; widzę to radio, przy którym siedzę z mamą i dziadkiem. Słyszymy, że Westerplatte się broni, później, że Warszawa się broni… Nie bardzo to jeszcze wtedy rozumiałem, bo to było daleko od nas, a myśmy przecież siedzieli w Czortkowie (woj. tarnopolskie, dzisiejsza Ukraina – przyp. red.). A potem nagle patrzymy, że jadą do nas czołgi rosyjskie, a na nich bardzo nędznie ubrani, właściwie obszarpani, radzieccy żołnierze. Nie rozumiałem, dlaczego tam walczymy z Niemcami, a do nas, do Czortkowa wjeżdżają Rosjanie. Ale potem dorośli mi to wyjaśnili. A za kilka dni nagle z mamą musieliśmy uciekać, bo wywozili na Sybir. Natomiast ojciec poszedł na wojnę i uczestniczył w walkach pod Tobrukiem. Napisałem mu potem na grobowcu – że był uczestnikiem bitwy pod Tobrukiem i pod Monte Cassino. Dla mnie, małego chłopca, to było trudne przeżycie, bo tyle lat, od 1939 do 1947 roku, byłem bez ojca.
– A gdzie pan spędził wojnę?
– Ciągle z mamą byliśmy w Czortkowie, gdzie się urodziłem. Tam też były moje pierwsze narty – gdy Niemcy wracali spod Baligrodu. Oni właśnie mieli ze sobą białe narty z zielonym paskiem. Ja się kręciłem pod koszarami i nawet nie wiem skąd je wziąłem, wygląda na to, że im ukradłem. Na nich zjeżdżałem potem z Góry Jurczyńskiego. A później w 1945 przed końcem wojny przesiedlili nas do Przemyśla, a tam jeszcze śnieg leżał na górce, nadal to widzę, jak zjeżdżam przy Cmentarnej na tych nartach. A potem już w Sobieszowie zacząłem jeździć oraz skakać na nartach, jak Marusarz, bo myśmy brali z niego przykład, zwłaszcza, że niedaleko była mała skocznia.
– Pięknie!
– Ale nie od razu. Jak po raz pierwszy skakałem, to zatrzymałem się na wybiegu i zobaczyłem, że za mną drugi chłopak skacze, widziałem jak on się przechyla głową do przodu i … uderza nią w zeskok. Oczywiście stracił przytomność, to żeśmy go wsadzili na sanki i zawieźli pod górę z Sobieszowa do Jagniątkowa, do lekarza, który tam mieszał. To wszystko się potem dobrze skończyło, chłopak odzyskał świadomość. Ale ja się od tej pory bałem skakać.
– Miał pan traumę.
– Niestety. A potem na studiach mieliśmy narciarstwo i skoki na skoczni, to niespecjalnie się do tego kwapiłem.
– Chciałam panu zadać inne pytanie, ponieważ pan, jak ustaliliśmy pamięta wojnę… Czy teraz widzi pan jakieś zagrożenie wojną?
– Odpowiedź będzie taka: ja się boję, po prostu boję, bo wiem, co to znaczy. Wiem, co to znaczy przeżyć wojnę, uciekać, widziałem morderstwa: Żydów, Polaków. Ja to wszystko widziałem na własne oczy… Potem jak do nas po raz drugi Rosjanie przyszli, ci, co nas wyzwalali od Niemców, to też się koło nich kręciłem. I tutaj mam dobre wspomnienia, bo dostawałem od nich grochówkę. A jak do pierwszej komunii szedłem, to było bombardowanie, i wtedy siedzący na zboczu rosyjski oficer, widząc mnie ze świecą idącego pod górę, i wiedząc, że to dla mnie ważny moment, podarował mi torebkę z cukierkami. I było to niezwykłe, tak, dostałem torebkę cukierków od rosyjskiego oficera.
– Ciekawe wspomnienie. A co by pan poradził dzisiejszym decydentom, co by mieli zrobić w sprawie tej wojny, jak ją zakończyć, jak doprowadzić do pokoju?
– Nie mam zielonego pojęcia. Przeze mnie przemawia, aż wstyd się przyznać, ale strach. Bo ja to wszystko przeżyłem.
– A kim jest Putin, pana zdaniem, co to za człowiek?
– To bandyta. Tam są moi przyjaciele w Czortkowie, Ukraińcy, którzy zostali na tych ziemiach, i przeżywają kolejny raz bezpośrednią wojnę. A przecież to nie jest daleko i może dojść do wojny światowej. Dlatego ja się tego boję. Boję się o dzieci, o żonę, mniej o siebie, aby oni nie byli tak sponiewierani jak ja kiedyś.
– Życzmy więc sobie pokoju i spotkania na 47. Biegu Piastów.
– Bardzo bym chciał… I już zapraszam panią na herbatę. Chcę tylko powiedzieć, że dzisiaj byłem z nadleśniczym Majdanem w Jakuszycach i oglądaliśmy trasy, patrzyliśmy, co by tam można jeszcze poprawić, w ramach przepisów leśnych. Mam świetną współpracę z nim, a także dyrektorem lasów we Wrocławiu i w Warszawie, oni wszyscy patrzą na Bieg Piastów bardzo pozytywnie; bo ta impreza nie niszczy lasu, a jedynie z niego korzysta. Oczywiście trzeba trasy poszerzyć, spowodować, by zakręty były bardziej bezpieczne. Dyrektor Tomaszewski był zainteresowany, aby te trasy były na najwyższym poziomie światowym i pytał mnie jak to zrobić. Ja to mu powiedziałem, rozrysowałem, opisałem i już przystępujemy do działania. A wcześniej dokumentację plansz skonsultowałem m.in. z Justyną Kowalczyk i z zawodnikami oraz przekazałem burmistrzowi Szklarskiej Poręby, aby to wprowadzić do przestrzennego zagospodarowania terenu. Wszystko się udało, tylko trzeba to wdrożyć.
– W Biegu Piastów biorą udział zawodnicy różnych narodowości, także Rosjanie. W tym roku trzeba było im odmówić.
– Mnie się to nie podobało. Ale rozumiałem tę decyzję.
– Tak, trudno. A czego panu życzyć?
– Zdrowia…(śmiech). I dobrze zrobionych tras.

Rozmawiała Barbara Jagas