Mistrzyni Kas

Była moją pierwszą nauczycielką, i mistrzynią, tai chi oraz qikongu, także medycznego. „Wdech i wydech, pozycja wu dżi. OTWARCIE. Ciało i umysł słucha dźwięków z tyłu głowy, czeka na ruch; dołącza oddech. Uwaga…” – Tak zaczynała każde zajęcie, czyli  praktykę taichi. A my, patrząc na nią, powtarzaliśmy poszczególne sekwencje 24 formy pekińskiej. Potem robiliśmy jeszcze 12 Kawałków Brokatu.

Odbarczanie, czyli świrowanie, to był Kasin patent na pozbycie się złości, chyba że nauczył jej tego któryś z jej chińskich mistrzów. Właśnie ostatnio sobie o nim przypomniałam i zaczęłam to robić, jest mi od rana lepiej. A kiedy łapią mnie smutne myśli, od zgarniam je z czoła i wyrzucam na dół – ziemię (jak byliśmy w Gąskach, to wrzucaliśmy je do morza) Bardzo lubię stukać się palcami po głowie, to mnie stawia na nogi, robię też czasami masaż oczu, zębów przez wargi, masuję uszy i je „odkorkowuję”, a potem wyciągam brodę do przodu i cofam ją przysiadając, by następnie wznieść się na palcach, wyprostować kręgosłup.

Kaśka podchodziła do tych wszystkich fizyczno-duchowych ćwiczeń także ezoterycznie, uczyła nas na sesjach wyjazdowych samouzdrawiania (pomarańczowym światłem), a także leczenia innych, na odległość, przy pomocy zwizualizowanej pomarańczowej kuli. Pokazywała nam jak pobierać energię z drzew i także jak je doenergetyzowywać.

Była piękna, niezwykła. W białych jedwabnych spodniach i szerokiej bluzie było jej do twarzy, gdy ćwiczyła, wyglądała jak lecący żuraw (taka jest zresztą jedna z pozycji qikongu, gdzie także naśladuje się zwierzęta)

Tak, przywiązywała wagę do wyglądu, trochę może nawet grała swoją rolę tańczącej z energią i świetnie jej to wychodziło, była bowiem zawodową aktorką*.

Poznałam ją wiele lat temu w Grecji, pożegnałam dwa i pół roku temu, nie wiedząc, że to nasze ostatnie spotkanie. Była wtedy chora, ale jak to Kaśka, nie dawała tego poznać po sobie. W każdym razie często nie wiedziałam, czy aktualnie czuje się dobrze, czy nie. Tak, nie lubiła się ze sobą certolić, była dzielnym wojownikiem; i do końca wierzyła, że da sobie radę. Dlatego dla wszystkich nas jej odejście było zaskoczeniem. (Ale widocznie taką miała karmę?).

Na zajęciach nikogo nie popędzała, mówiła do nas z empatią i serdecznością: – Róbcie wszystko w swoim tempie, nie napinajcie się, to nie wyścigi. Jeszcze dziś słyszę jej delikatny głos; trochę zwracała się do nas jak dzieci. Nie lubiła, gdy ktoś olewał zajęcia, ale też dawała ludziom wolność. Zajmowała się z troską chorymi, których przyciągała, często im się poprawiało po kontakcie z nią; może to był wpływ dobrej energii (?).

Była taoistkę i uczyła w ten sposób tai chi, pobierając wcześniej wiedzę od mistrza Zhang Fen Yuma z pekińskiej Akademii Wu Shu oraz Chen Xiao Wanga – spadkobiercy rodziny Chen praktykującej taichi od dziewiętnastu pokoleń.  Mówiła nam zawsze: „To jest proste. Wystarczy zrobić piłeczkę, a potem…”. Niestety nie pamiętam co miało być „potem”, ale Kaśce chodziło o to, że schemat, zasada, wszędzie jest podobna; a jeśli nauczymy się podstaw, ciało już nas poprowadzi.

Nie zapomnę też naszych występów artystycznych, których byłą inicjatorką, widocznie brakowało jej sceny, gdy wycofała się z aktorstwa, na zakończenie wyjazdów. Okazywało się, że wielu z nas to urodzeni tancerze, śpiewacy i muzycy, odkrywaliśmy nasze talenty. A jeden z nas, pokonując nieśmiałość, zaczął potem występować na normalnych scenach, to fakt, że wcześniej umiał już grać na gitarze.

Kasia zapraszała też ciekawe osoby, znanego poza mainstreamem Stefana Poprawę, ekologa i makrobiotyka, który świetnie nam gotował, a także uczył masażu miłości. Marcina R., który potrafił odprowadzić zabłąkaną duszę na tamten świat. Zresztą bywały wśród nas osoby niezwyczajne, nie tylko tarocistki i wróżki, astrolożki, ale także osoby, które potrafiły mentalnie przejść na drugą stronę jeziora.

Niektórzy z nas przyjeżdżali raz do roku na jej farmę, by oczyścić organizm na wiosnę, stosując kontrolowaną (przy asyście lekarza) głodówkę i by zażyć potem pewne zioło, które zmieniało świadomość i ułatwiało odpowiedzi na trudne pytania, czego nie dało się zrobić w normalnym stanie.

Tęsknię za Tobą, Kasieńko i jestem zła, że nie mogę się z Tobą spotkać, pogadać, czasem pofilozofować, posłuchać jak deklamujesz swoje wiersze oraz innych poetów, jak Rilke. A  także zrobić wspólnie formę.

*Kas Wu Miernicka, czyli Katarzyna Miernicka była aktorką „Ateneum”, występowała w teatrze telewizji oraz w słuchowisku „Jeziorany”. Grała w „Awanturze o Basię”, „Klanie” oraz „Labiryncie”. Po 12 latach pracy porzuciła jednak scenę i zajęła tylko praktyką tai chi oraz qikongiem. Mówiła mi w wywiadzie dla „Wróżki”, że musiała odejść z teatru, ograniczając się tylko do grania w serialach, ponieważ poważne role dramatyczne za bardzo ją wyczerpywały energetycznie, nie lubiła też rywalizować o role z innymi.

 

Barbara Jagas

O mnie

Nie wiem kim jestem i całe życie się dowiaduję. – To fascynujące!