DAMA NA ŻAGLACH

Santorini? To nie dla mnie. Kojarzyłam ją wyłącznie z wyspą konsumpcji oraz zblazowanych turystów z Europy Zachodniej. A poza tym wszyscy już tam byli…

Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą trzy książki, gdybym miała się nudzić: „Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego, jego „Lapidarium III”, a także „Uwodzenia” Stanisława Śnieżki, nieznanego poety, który był moim przyjacielem.

*

Kiedy zobaczyłam Perissę, o mało się nie rozpłakałam, tak mi się nie podobała. Biedna nieciekawa wieś, co my tutaj robimy? – zapytałam Leszka.

I wtedy zaczęłam się użalać, że jestem tak nierozważna powierzając organizację wyjazdu Sile Wyższej w postaci swojego kolegi Lesława.

*

Pokoik przypominał trochę celę, tyle że dla dwóch osób. Mój niedoszły mąż czułby się w niej świetnie, ja czułam się nieco gorzej, ale może być.

Dopiero deptak nadmorski, położony bardziej na południe, czyli dalej od gór, zrobił na nas wrażenie. Kupiłam tam swoją pierwszą ekstrawagancką suknię – taką złotą sieć, co jedna z moich koleżanek skomentowała na FB, że wyglądam w niej jak syrena.

*

To dopiero widok, pomyślałam sobie, patrząc na czarny piasek i prawie takie samo morze, a nad nami wschodzące złote słońce.

Przypomniała mi się plaża na Kanarach na Fuertawenturze. Tylko tam jeszcze woda czarne bałwany toczyła, które rozbijały się o stromy skalisty brzeg. Tutaj świat budził się spokojniej.

A po kąpieli, która nas uwolniła od zmęczenia, z radością położyłam się na wygodnej leżance i zapadłam w lekki półsen. Było mi dobrze.

Woda leciutko biła o brzeg, słonko delikatnie muskało mi skórę, bo jeszcze nie było za gorąco, z oddali docierała jakaś grecka mowa, już wiedziałam, że wybraliśmy dobrze.

Perissa zaczynała nam się podobać.

*

Przy plaży znajdował się turystyczny punkt informacyjny, gdzie dyżurował wiecznie uśmiechnięty Marco, Grek o wyglądzie Włocha, do którego akurat poczułam zaufanie. Zaproponował nam kilka wycieczek, wybraliśmy objazdową. Z możliwością obejrzenia nie tylko całej wyspy, ale przede wszystkim dwóch kultowych kurortów: Oji oraz Firy.

Autokar długo zbierał po naszej wiosce turystów. Nie wiedzieliśmy, że jest tak rozległa. Dostrzegłam wypasione wille z basenami, a także więcej sklepów. Towarzystwo mieliśmy międzynarodowe w wieku, jak to się pięknie u nas mówi, okołosenioralnym. Pilotka mówiła po angielsku, ale za szybko, tak że zdania zlewały się w jakiś bełkot, powodujący że oboje z Leszkiem zaczęliśmy przysypiać. Kilkakrotnie wysiadaliśmy oglądać widoki, raz – mieliśmy wejście do jakiego monastyru. Ale ta jazda krętymi drogami, jak to w Grecji, tak nas ukołysała, że poczuliśmy się na tyle zmęczeni, aby zamiast do kościoła pójść w kierunku Red Beach. Plaża jak plaża, tyle, że w odróżnieniu do naszej zamiast piasku czarnego był rudoczerwony. Lesiu polazł ją fotografować, ja wstąpiłam do knajpy. Greek coffee to było nieporozumienie, taka nasza kawa-plujka, jak bym zapomniała. Ale to było ostatni raz, potem już zamawiałam tylko podwójne cappuccino,

ewentualnie espresso strong z domieszką wody.

*

Możecie wyobrazić sobie wzgórze, a na nim bryłę w kolorze kości słoniowej, która kontrastuje z niebem, a na dole prawie stapia się z miastem, które od dołu pokrywa śmietanowy marmur? A wokół kolumny, podcienie oraz inne elementy architektury klasycznej. To więcej niż „Stairway to Heaven” Led Zeppelin.

*

„A potem będziemy sobie robić wycieczki. Takie dookoła świata. I także na Półwysep Helski… Co?

Jestem pewna, że wywróżyłam go sobie, tj. mówiąc nowoczesnym językiem parapsychologii wyafirmowałam.

W każdym razie, Paweł pojawił się w moim życiu, po raz drugi, od szkoły, na moje wyraźne życzenie.

A było to tak. Siedzimy z Emką na działce, pogoda jak dziś, sztormowa, więc piszemy afirmacje. O facetach; jakiego która chciałaby mieć.

Emka chciała jakiegoś tatusia w zastępstwie.

Mnie marzył się ktoś z własnym samolotem. Co by mi pokazywał z góry świat. No i proszę państwa, bingo!

*

Łódź Johnny’ ego

Grek i takie imię, ale mniejsza z tym.

Nasza żaglóweczka jakby sama zapraszała na pokład. Fajne towarzystwo, przywitano nas jak swoich. Miałam  od razu kajutę i nie musiałam nocować w messie. Spałam na miejscu dziewczyny-nurka, która wracała do pracy.

Na górze była Ewa, zupełnie niewidoczna moja sąsiadeczka. Oddała mi prawie wszystkie półki, sama będąc bez bagażu, który zaginął podczas lotu z Amsterdamu (gdzie ta prześliczna dziewuszka odnalazła swoje miejsce na ziemi).

Wiele rozmawiałyśmy – także o sprawach nadprzyrodzonych. Zawsze chciałam mieć taką towarzyszkę podróży.

*

Pobyt na Amorgos rozpoczęto od wspólnej kolacji. To była połowa rejsu, gdzie niektórzy z żeglarzy kończyli swą przygodę, a inni ją zaczynali.

Wtedy zorientowałam się, że płyniemy w cztery łajby.

Wszyscy świętowali jubileusz 25-lecia klubu. Robili sobie zdjęcia na ściance. Byłam pod wrażeniem ich pomysłowości, jak koła ratunkowe w postaci różowych kormoranów, a potem na Hedonii świetne iluminacje.

Pito zdrowie Rafała, który był pierwszym admirałem. Potem kolejnego gościa, który przewodniczył klubowi. Mówili do niego także per admirale. Oklaskiwano Czarnego Jacka, a wtedy wszystkie jego dziewczęta dodatkowo piszczały.

*

Woda między skałami była przezroczysta, i trochę orzeźwiająca ciało, zmęczone gorączką (chociaż było zaledwie 27 stopni C, ale czuło się żar), pod stopami od czasu do czasu wyczuwało się drobinki piasku, które masowały od dołu. To lepsze niż SPA!

A wszędzie dookoła nagusy poprzeplatani z tekstylnymi, po środku zaś topless. Wybrałam środkową grupę, nie to żebym się wstydziła, ale nie chciałam sprawić przykrości reszcie, bo koleżanki założyły kostiumy.

Dopiero potem się rozebrały, gdy nikt nie patrzył. I wtedy też znienacka zostały obfotografowane.

*

Odpłynęłam trochę w kierunku najbliższej wysepki, skalnej. Ale zobaczyłam, że fale zaczynają bić groźnie o

nabrzeże, to zawróciłam.

Moje nadmierne, być może, bezpieczeństwo w pływaniu wzięło się najprawdopodobniej z wczesnej młodości, kiedy prawie się nie utopiłam. I tylko wiara w siebie że dam radę plus duże umiejętności pływackie sprawiły, że jestem w żywych.

A było to nad Morzem Czarnym, gdzie sporo wyjeżdżaliśmy jako dzieci i podrostki wraz z rodzicami, którzy byli wtedy na placówce dyplomatycznej w Moskwie.

Pamiętam, że w pewnym momencie płynę i płynę, a zamiast przybliżać się do brzegu, zaczynam się od niego  w sposób niekontrolowalny oddalać.

*

To kawiarenki w gaju pod gołym niebem, białe schody pnące się do góry, a gdzieniegdzie rozgałęziające się na boki, trochę tworzą siatkę labiryntu, w który nie raz czułam się złapana, jak ryba w siatkę, i tylko dzięki śmigającemu gdzieś na horyzoncie Leszkowi naprawdę nie zabłądziłam.

Po drodze zasuszone płatki kwiatów, które przydadzą się na zimową herbatę. Od czasu do czasu  kapliczki z niebieskim oknem, a poza tym rozleniwione koty, dużo kolorowych drzwi, ale głównie błękitne. Ale raz widziałyśmy czerwone, wraz z takimże niby patio, ale na zewnątrz, po środku stał czerwony stół z krzesłami, gdzie posadziłyśmy Iwonkę; jest ślad w postaci fotografii, ale nie jestem pewna, czy mogę ją ujawnić. .

*

Bohaterka Nabokova

Siedzieliśmy na miejskiej plaży w Syros. Zachwycałam się pewną parą – on długie włosy, za pupę, spięte i splecione, ona – z opatrunkiem na oku, przypominała trochę bohaterkę Nobakova, ale gdy przyjrzałam się dokładniej, to stwierdziłam, że może mieć trzydzieści parę lat, a nawet czterdziestkę. Nie wiem, czy wkroczyłam już w taki wiek, że nie potrafię rozpoznać lat u innych. Czy też może ludzie tak się kamuflują, jakoś zmieniają, że trudno te lata w naszych czasach określić.

*

W tej samej miejscowości poznałam w sklepie, gdzie nabyłam parę złotych kolczyków, chłopca o niebywałej urodzie, młody Alain Delon to pikuś. To on wskazał nam tę miejską plażę, rozumiejąc, odczuwając, że potrzebujemy czegoś innego niż te plaże z parasolami, dla turystów.

Poczułam się tam jak u siebie. Jeszcze te niebieskie ławeczki, takie chudziutkie, i opalanie na ręczniku, twardość skały była akurat zaletą.

*

Ciekawa jestem czy Krzysztof Baranowski zawsze zachowuje zimną krew. I czy zdarzyło mu się pływać na drinku. Chyba nie.

Poznaliśmy go kiedyś z moim bratem, razem byliśmy na tańcach w Jastarni, w okrąglaku, tym wysokim, kiedyś to się nazywał Dom Zdrojowy. I Pan Kapitan chciał poprosić mnie do tańca, ale wcześniej zapytał Brata. Nie mógł się nadziwić, że jesteśmy rodzeństwem.

*

Jednak były takie akcje, gdy siła wiatru wynosiła 7-8 węzłów, i wtedy nieźle bujało. Parę razy musiałam wyjść na zewnątrz, obawiając się tego, co spotkało mnie wcześniej, a mianowicie podróży do Rygi (mimo leków i herbaty z dodatkiem cudownego przeciwwymiotnego korzenia, a raczej od razu po zażyciu tych środków).

I wtedy właśnie, Oli oddała mi ster. Ależ byłło!!

(Jak to dobrze, pomyślałam wtedy sobie, że jesteśmy tylko we czwórkę, bo w przeciwnym razie do steru ustawialiby się inni.)(Owszem były wcześniej dwugodzinne wachty, podczas których parami kierowaliśmy żaglowcem, ale zawsze pod nadzorem O., a jak czasem spała, jej niezłomnego zastępcy Ediego.)

Ja i noc. Ja i gwiazdy. Ciemno, choć oko wykol.

Lesiu w tym czasie, wraz z Edwardem, nadzorowali prawą i lewą stronę, czy coś nam nie sunie „na spotkanie”.

*

Tak, chciałabym, abyś przetrwał w Internecie, za chwilę wszystko tam się znajdzie. Bo twoje wierszyki cudne są.

Przy okazji nie przeminą i moje wynurzenia wierszem pisane.

A jeśli nas nawet przerobią na swoją modłę roboty jebane, to i tak coś się zasiało. A zawsze to, co posiejesz, zebrać trzeba. To zasada, która obowiązuje w Kosmosie.

To były fragmenty reportażu. Całość jest do kupienia; to średniej wielkości tekst wynoszący 60364 znaków,  Fragmenty mają  9448, zobaczcie więc, ile razy e-book jest większy od opublikowanego kawałka za darmo.

 

 

 

Barbara Jagas

O mnie

Nie wiem kim jestem i całe życie się dowiaduję. – To fascynujące!