Wróciłam, w domu wszystko w porządku, mama zaopiekowana, w telewizji Trump wygłasza kolejne przemówienie (tym razem do generałów).
A ja postanowiłam przypomnieć sobie, czego nie udało mi się zobaczyć w Zakopanem. (Ale przecież na wielu imprezach byłam!)
Otóż, nie zdążyłam na „Muzykę na Szczytach”, szkoda, ale tak było.
Nie zobaczyłam wszystkiego na „Pępku Świata”, który w tym roku miał tytuł: „Witkacowskie IP w szponach demonicznej AI”. Ale poszłam za to na wernisaż i wzięłam udział w niezwykle ciekawych w tym roku Rozmowach Istotnych, które odbywają się po spektaklach w teatrze. Tym razem szacowne grono złożone z Artystów i Naukowców, czyli twórców, zastanawiało się, czy sztuczna inteligencja zlikwiduje sztukę, czy też spowoduje tylko jej rozwój, kierując ludzi i ich dzieła na nowe tory. O tym przekonywała Anna Annomalia, autorka programu graficznego, dzięki któremu uczestnicy wydarzenia mogli sobie zamówić portret jakby „namalowany ręką mistrza” (czyli Witkacego!). Artystka twierdziła konsekwentnie, przez kilka sesji broniąc swojego zdania, że AI może być tylko narzędziem w rękach twórcy, i na pewno nigdy nie zastąpi człowieka. „Chyba że ktoś jest głupi – to tak”, twierdziła, odpierając ataki innych rozmówców, którzy wyrażali obawy związane z wyeliminowaniem ich z gry, właśnie przez AI. O tym mógł świadczyć (o paradoksie!) ów program graficzny, który wspaniale tworzył autoportrety witkacowskie bez jego udziału. Ale przecież ktoś to musiał wcześniej skonstruować (a zrobiła to Anna!), maszyna nie wymyśliłaby sama takiej (!) kreski. Chociaż, z drugiej strony, znamienne było to, że „uczyła się” (jak zauważyła jedna z aktorek, poddanych portretowaniu przez „niby Witkacego”) od swoich modeli jak malować, nanosząc poprawki na obraz, gdy ktoś wyraził niezadowolenie z tego, co zobaczył. (To zupełnie jak Witkacy w swojej Firmie Portretowej, gdzie część rysunków, te dla zarobku, tworzył na zamówienie, licząc się ze zdaniem klientów. – Ale nie wiem, czy to porównanie akurat jest zasadne.) Chwalił na swój sposób sztuczną inteligencję Dariusz Piotrowski, zaproszony jako specjalista od AI, były dyrektor z Microsoftu, informatyk, obecnie w Dell Technologies. Ale co do sztuki w swych wypowiedziach pan Dariusz był raczej oszczędny, biorąc pod uwagę grono, w którym się znalazł. (W końcu siedział w pewnym momencie między Annomalią a Dziukiem!) Z kolei prof. Jacek Staniszewski, współczesny twórca na wielu płaszczyznach, nie miał jasnego zdania, ale był raczej na nie. Natomiast jego kolega Dariusz Gorczyca, który porzucił tradycyjną grafikę, by zająć się reżyserią teatralną, wypowiadał się zdecydowanie na tak, i pokazał u Witkacego „Ostatnią Fugę – spektakl mechaniczny”, który dla mnie był raczej sfilmowanym teatrem. Tak samo jak propozycja jednego z młodszych krakowskich reżyserów, którego nazwiska celowo nie wymienię, do mnie nie przemówiła. Otóż, utwór, który pokazał miał być ciągiem dalszym niedokończonego dzieła Stanisława W. (do czego artysta zaprzągł sztuczną inteligencję). Nie podobało się to także niektórym widzom, bo w pewnym momencie jakiś mężczyzna wrzasnął: „A gdzie w tym wszystkim jest Witkacy?!”, oraz z impetem wyszedł. Z kolei inny twórca, którego nazwiska także nie wymienię dokonał dziwnego melanżu filmu, teatru i występów przed kamerą z komputera, robiąc swój teatr w kilku miejscach świata naraz. I ten wypowiadał się (o paradoksie!) jakby przeciwko sztucznej inteligencji, z której właśnie skorzystał, podobnie jak pozostali aktorzy jego zespołu, uczestniczący w Rozmowach. Zaś obecny prawie non-stop na „Pępku” prof. Michał Klinger, teolog prawosławny, w pewnym momencie wzruszył ramionami, mówiąc, ze Bóg i tak nie zajmuje się sztuczną inteligencją, bo go to nie obchodzi, tak samo jak sztuka. Podobnie prof. Ryszard Koziołek, polonista, który w pewnym momencie uznał, że w Boskiej wizji świata coś takiego jak twórczość w ogóle nie istnieje. – A nasz dyrektor Andrzej Dziuk przez cały czas dyskusji niby zachowywał postawę neutralną, pilnując gospodarstwa, dyscyplinując w wypowiedziach gości… By – na zakończenie „Pępka” przyznać, że i tak woli zdecydowanie „żywy teatr” (a w razie czego będzie zagubionych artystów przygarniał do siebie, jak do „schroniska”).
Niestety, nie zdołałam wziąć udziału w „Jazzie na Kalatówkach”, ale nie dlatego, że nie miałam czasu (wręcz przeciwnie – planowałam, że tam będę!), po prostu ograniczenie ze względu na niesprawną rękę spowodowało, że nie chciałam ryzykować nocnej eskapady po kamieniach z Kalatówek, zwłaszcza że – jak słyszałam – można tam było o tej porze nadziać się na głodnego misia.
Nie obejrzałam też wystawy rzeźb Augusta Zamoyskiego w Muzeum Tatrzańskim, i sztuki jego żony Rity, którzy prowadzili w okresie międzywojennym dom otwarty, goszcząc elitę artystyczną kraju, która bawiła się i dyskutowała też o rzeczach istotnych. Nie widziałam wytworów Hasiora, ale ciągle jego dom był mi nie po drodze, a poza tym kiedyś już w nim byłam goszczona przez mistrza (!), to było miłe spotkanie.
Nie dane było mi zobaczyć współczesnej sztuki młodych zakopiańczyków, a to dlatego, że nie znalazłam siedziby pod adresem Krupówki 44. Z kolei bez problemu trafiłam do STRH Bistro Arte Cafe przy Krupówkach 4a, gdzie podziwiałam fotografie różnych gór, w tym schronisko na wysokości ponad 5000 m, a przede wszystkim obejrzałam sobie Krupówki z góry, siedząc w ciepłej kawiarni przy kawie za 18 zł, i przeglądając ciekawy album „Miejsca Pobytu”, pokazujący klimatyczne hotele w paru ciekawych miejscach na świecie, a wśród nich nasz zakopiański ENHOTEL – (bajka!) rodzaj minimalistycznej elegancji, znajdujący się na terenie TPN.
I nie byłam na V Rocznicy Męskiego Różańca, ani na mszy z okazji Dnia Sybiraka w Starym Kościółku przy Kościeliskiej, a potem na dalszych uroczystościach na Starym Cmentarzu przy Pękasowym Bzysku, gdzie znajduje się symboliczny grób Sybiraków, zakończonych koncertem. Nie odwiedziłam też Władki Nowickiej na innym zakopiańskim cmentarzu, przyjaciółki mego ojca z czasów wojny.
A teraz zrobiło mi się smutno, choć miałam się tym tekstem-wspomnieniem rozweselić.
(Aha, i nie zabrałam kotka-Filutka, od swoich gospodarzy, do Warszawy, by nam cieplej było w domu, bo kot nie chciał do mnie iść, taką ostatecznie decyzję podjął.)
A może to magia „zakopianiny” znika…?





















