Czarodziejski kot

Kocham Cię, Mruczku. Chyba nie zdążyłam Ci o tym powiedzieć, kocie. Ale myślę, że Ty to wiedziałeś. Może byłeś mi czasami jak starszy brat, który wiele wybaczy. Jak to, gdy starałam się Tobą zaopiekować, nosząc Cię po schodach, bo miałeś coraz mniej sił, a Ty chciałeś do końca być męski, silny i okazywałeś mi wtedy zniecierpliwienie zamiast wdzięczności.

– Mrrruk

Albo jak mama nie chciała wpuścić Cię do salonu, bo nie trzymałeś już kupy i mogłeś jej obsmarować drogocenne dywany. Pamiętam siedzącego Cię karnie w przedpokoju, na legowisku, jaki Ci zgotowano w kącie, a ja wtedy cierpiałam na Twój widok. Bo patrzyłeś tęsknym spojrzeniem na mamę, Twoją mamę, jakby rozumiejąc, że ona Ci zabrania pławienia się w jej pieleszach, ponieważ dla niej ważny jest ład i higiena. A Ty nie mogłeś tego zagwarantować.

– Chciało mi się płakać

Co robiłam?

Brałam Cię na ręce i szłam do swojego pokoju, gdzie chciałam Ci otworzyć niebo. Tuż przy kanapie, w maleńkiej wnęce urządziłam ubikację. Ale i tak mówiłam: „Mruczuś, możesz tu robić wszystko. Nawet kupę na kanapie!”

Sadzałam Cię na fotelu, potem na krześle, następnie na poduszkach na narożniku. Ale Ty nie chciałeś.

– Czemu

Temu, że byłeś czarodziejskim kotem, nieziemskim, supermądrym i ekstrawrażliwym, nie mówiąc o Twoim uduchowieniu. Nie chciałeś być dla mnie kłopotem, znając swoje ograniczenia. Nie wiedziałeś tylko o jednym – że nigdy nim nie Byłeś.

Siedziałeś więc spokojnie w miejscu, które Ci teraz wyznaczono. I tyle.

Gdzie jesteś mój Cudowny Kocie?

Wiesz, że Dziczka u nas była?

– Tak. Przyszła pewnego dnia. A stało się to nie od razu. Najpierw przekroczyła drzwi, niepewnie zatrzymując się w holu. Potem weszła na schody, czujnie obserwując tył i przód, a także boki. I tak krok za krokiem i… znalazła się w naszym mieszkaniu. Wiesz, co wtedy zrobiła. Zeskoczyła na dwór. Nawet nie zdążyłam zobaczyć, że jest już na balkonie. Chociaż wcześniej spostrzegłam, że dziwnie wpatruje się w okno, jakby szukając tam innych stworzeń, z którymi przecież się zaprzyjaźniła lub była z nimi w stanie wojny.

Ty nam nigdy nie wyskoczyłeś. Nie wiem nawet czemu. I jak teraz się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że po prostu nie musiałeś. Codziennie bowiem, lub prawie codziennie, bo różnie to na przestrzeni lat bywało, wychodziłeś sobie po schodach. Jak człowiek.

Albo jak paniczyk, w ten sposób nazywał Cię sąsiad. Bo na Twój mryk drzwi przed Tobą się otwierały.

Przeważnie wypuszczała Cię mama, czasem ja, ojciec raczej wcale. On Cię ewentualnie zabierał z podwórka. Zresztą robiła to nawet nasza sąsiadka Hania. Ale w pewnym momencie huknęłam na nią, może to za duże słowo, w każdym razie poprosiłam, aby więcej tego nie robiła. Już nie pamiętam z jakiego powodu. Może dlatego, że się o Ciebie bałam. Aby ktoś Ci nie zrobił krzywdy, bo kiedy za bardzo byś się oswoił z innymi ludźmi, różnie mogłoby być.

Zresztą miałam powody. Były lata, gdy wracałeś cały w ranach. Raz nawet Cię zszywano. Podejrzewam, że mogło to być dzieło jakiegoś zwyrodnialca lub zostałeś rozszarpany przez jakiegoś psa lub dzikiego zwierza. Wyglądałeś paskudnie. Cały we krwi, pamiętam Twoje pocięte futerko. Byłam przerażona. Zawiozłam Cię najszybciej, jak tylko mogłam, na pogotowie. Doktor rzekł tylko, że kocur waleczny jest i zamknął drzwi, wcześniej wypraszając mnie na korytarz. Operacja trwała może godzinę-dwie. Zabraliśmy Cię ledwo żywego do domu. A potem niańczyliśmy. Założono Ci karton zwinięty w rozwarty rulon, który miał izolować głowę kota, by nie starał się lizać ran, a przede wszystkim sam zdejmować świeżo nałożonych szwów. Mordowałeś się okrutnie, tak myślałam, ale teraz jak sięgnę myślą wstecz, to przypominam sobie, że znosiłeś to dzielnie. Po prostu nam ufałeś. Wiadomo było, że nikt nie chce Cię skrzywdzić.

Ale do doktorów nie lubiłeś jeździć. Myślę sobie, że bardziej ufałeś medycynie naturalnej i swoim kocim właściwościom samouzdrawiającym niż nauce.

Tym bardziej, że pierwsze zetknięcie z medycyną było traumatotwórcze. Najpierw wzięto Cię na ręce, zawieziono w obce miejsce, a potem dokonano barbarzyńskiego aktu – sterylizacji. Nie wiem jak to wyglądało i nie chcę wiedzieć. Bo do dzisiejszego dnia czuję z tego powodu ból, nie mówiąc o wyrzutach sumienia, że na to pozwoliłam. Ale co miałam uczynić, skoro matka chciała mieć czystego kota… Tuliłam Cię po fakcie do siebie, jak dziecko. Kołysałam, a ty smutno pomrukiwałeś. Czułam Twój smutek jak ostrze dzidy, które wtedy połączyły nasze serca. No nie płacz już, Mruczek, wszystko będzie dobrze, z jednej strony mówiłam. A z drugiej, płacz, wypłacz się kruszynko, takie nieszczęście Cię spotkało, niezawinione, a ludzie – zobacz jacy są pozbawieni serca, aby takie rzeczy stworzeniom robić. Długo potem żal mi Ciebie było, że nie możesz już w pełni zaspokoić swoich męskich chuci. Ani zostać ojcem.

A kiedy ktoś mówił, że Mruczek poszedł na dziewczyny, tylko się wkurzałam. Bo te same osoby wysłały go wcześniej na zranienie jego męskości.

– Cholera jasna!

Kotku, nie wyobrażasz sobie, jak tęsknię za Tobą. Pewnie, że wiem, musiałeś kiedyś odejść. Ale dlaczego tak!!! Nie mogę dotąd poradzić sobie z tym wspomnieniem. Dalej nie wiem, co z Tobą zrobiono. I czy nie obudziłeś się w zimnej szufladzie. Ze strachem…!

Byłam na drugi dzień, chciałam Cię zobaczyć. Nawet byłam blisko, bo przesympatyczny młodziutki pan doktor oferował, że mi Cię pokaże… Ale w ostatniej chwili wystraszyłam się, sama nie wiem czego, i wtedy zawahałam. On to wyczuł w moim głosie i stwierdził, że na pewno już Cię nie ma, a poza tym nie wolno tego robić, nie jest upoważniony, aby mi Cię pokazywać w tym stanie; bo to nawet nic ciekawego.

Posiedziałam na ławeczce, pomyślałam o Tobie, mając nadzieję, że Cię w jakiś sposób wyczuję. I że będzie to nasze spotkanie. A tu nic.

Dzwoniłam jeszcze do lekarki, która się Tobą opiekowała. Chciałam ją zapytać, co u Ciebie. Kretynka. Przecież ta Pani doktór przemiła była, młoda i delikatna. Niepotrzebnie ją wystraszyłam. A pewnie już chciała zapomnieć o kolejnej śmierci. Kolejnym usypianiu stworzenia, przecież ona je kochała!

Nie wiem, po co piszę o Tobie, a właściwie do Ciebie. Może chciałabym sobie Ciebie przypomnieć, Kotku. Sprawić, że znowu Zaistniejesz…?

Chyba już to nie jest problem katharsis. Bo wiele razy opowiadałam o Twojej śmierci, przerabiając ją do bólu. Choć bólu to nie złagodziło. Nie mogę zapomnieć Twoich przestraszonych oczek, które patrzyły na mnie z lękiem i jednocześnie nadzieją, kiedy wzięłam Cię na ręce, a potem do samochodu…

– Bżżżżyyyy

Nie pamiętam drogi. Niewiele pamiętam. Ojciec skręcał szybko, chociaż był tłok. (W powrotnej drodze jechaliśmy już pod prąd, taki był zdenerwowany.) Bo wtedy liczyłeś się tylko Ty. I Twoje bijące jeszcze serduszko. Nie mam pojęcia co Ci podali, jak starali się uratować. Tyle, że z powrotem dostałam już półżywego kota. Nie było Cię ani w spojrzeniu, ani w ruchach. Leżałeś sztywny na kozetce i bez iskierki życia w kocich oczach. Nie rozumiałam tego, że tak mogłeś się zmienić. Lekarka powiedziała, że to koniec, tzn. trzeba pomóc Ci zakończyć żywot, bo sprawa jest beznadziejna. Dostałeś jakieś leki, które sprawiły, że zapadłeś w stan półwegetacji. Może się pomylili, do dziś tak myślę, może źle zdiagnozowali mojego kota. Mówili, że najprawdopodobniej dostałeś udaru lub nagłego przerzutu raka do mózgu. Dziwnie to brzmi, szczególnie w moich uszach, które co innego słyszały na różnych konferencjach medycznych. A może rzeczywiście to był udar, teraz sobie myślę. Tylko że dlaczego tak zapłakałeś po przyjściu z podwórza. Tak jakby Cię w środku nagle coś bardzo zabolało. Dziś sądzę, że raczej czymś się otrułeś. A lekarze być może nie chcieli mi o tym powiedzieć, nie dając szans na ratunek, bo ogólnie byłeś od dawna w gorszym stanie. Podtrzymywano Cię sterydami. Sama brałam w tym udział, codziennie serwując Ci ¼ tabletki, mieszając ją najpierw z wodą, a potem wstrzykując do ryjka. Początkowo oponowałeś, potem dowiedziałam się, że koty w ten sposób krztuszą się, gdy nagle coś im się wlewa na język. Ale nie umiałam inaczej Ci podać tego leku. Zresztą sam wiedziałeś. Bo z czasem patrzyłeś podczas zabiegu na mnie oczami tak niesamowitej ufności i miłości, że ja… No właśnie. Czekałam codziennie na ten moment podawania leku, bo były to Niezwykłe Chwile Miłości.

***

Chciałabym przypomnieć sobie nasze pierwsze spotkanie. Szliśmy drogą na działkę. W pewnym momencie z lasu wybiegł jakiś stworek. To byłeś Ty.

Mogłeś mieć kilka tygodni. Nie znam się na kotach, tj. ich wieku. Do końca wydawałeś mi się młodziutkim kotkiem, a nie staruszkiem. Według przeliczeń na nasze lata mogłeś mieć ok. 110 lat, zależy jak kto liczy. Niebywałe. Nie przypominałeś niczym starowinka.

Nie miałeś nawet laseczki. Brykałeś żwawo. Ostatnio tylko nie mogłeś wskoczyć na taboret. Ale przy naszej pomocy już tak. Pamiętam, że ta Twoja nieudolność bardzo mnie wzruszyła i poruszyła.

A wtedy szliśmy środkiem lasu, a Ty-Kocie to podchodziłeś do nas, to znów znikałeś w ciemnych odmętach nadzegrzyńskiej puszczy. Zaskakiwałeś nas swoim pojawieniem się ni stąd ni zowąd. Ale widocznie nie byłeś pewien, czy iść razem z nami.

Na miejscu dostałeś ciepłego mleczka. Podobno latałeś po mnie, zwłaszcza po głowie, na którą musiałeś wskakiwać, ale ja tego nie pamiętam. Bo w zasadzie pamiętam, że ciągle Jesteś, że Byłeś. A początek mi się zatarł i im dalej od tamtych dni, tym mniej sobie przypominam.

Ktoś zadecydował, że zostajesz z nami. Mama twierdzi, że to byłam ja. Mnie się zdaje, że to była ona. W końcu jako gospodyni to ona kieruje całym domem, a także decyduje, kto z nami mieszka. Tak czy inaczej wzięliśmy Ciebie. To znaczy nic na siłę. Sam się zadomowiłeś, a byliśmy na działce może tydzień-dwa, więc nie chcieliśmy Cię zostawić. Gdybyś bowiem tęsknił za swoją kocią rodziną, to wcześniej byś do niej zwiał. A Ty nie. Siedziałeś i siedziałeś. Ciepłe mleczko bardzo Ci smakowało. A także, nie oszukujmy się, nasze zainteresowanie i troska o Ciebie. Wszyscy Cię od razu pokochaliśmy. Tak mocno, jak tylko się dało. A Ty odwzajemniałeś nasze uczucie.

I nie wiem kiedy upłynęło Twoje 17 lat. Aż nie chce się wierzyć. To przecież kawał czasu. Razem z Tobą przeżyłam szmat życia.

Kotku Najmilszy, gdzie jesteś?

Mama Cię wychowała, tj, rozpuszczała Cię jak wnuka, albo niesfornego bachora, udając, że poddaje Cię pewnej dyscyplinie. Bo na czymże ona polegała?

Nie miałeś żadnych obowiązków. Tylko same przyjemności.

A pamiętasz, jak przyniosłeś mi myszkę w Skubiance?

Taki byłeś cały zachwycony. A jednocześnie zdumiony, gdy ja ją wyrzuciłam z niesmakiem.

Ja pamiętam z kolei jak kiedyś połknąłeś mysz – tak całą i od razu, jakby to pyton zrobił, że nawet kawałka ogonka nie zostało. Byłam tym wszystkim wstrząśnięta. Nie mówiąc już o tym, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w swoim kocie drapieżnika.

Kotku, wróć do mnie… Tak chciałabym rzec i by to marzenie się spełniło.

To przynajmniej przyjdź do mnie we śnie.

Chciałabym Cię przytulić, pogłaskać po nosku i za uszkami, poskrobać po pleckach…

Przypomniało mi się, że ostatnio nawet próbowałeś się ze mną bawić. To znaczy odpowiadałeś na moje niezdarne zaczepki – przy pomocy sznurka, który przesuwałam, a potem chowałam za rogiem albo majtałam Ci czymś przed oczami. Czułam, że robisz to dla mnie, tj. reagujesz, tylko po to, by sprawić mi przyjemność, widziałam Twoją minę. Było w niej … powiedzmy, że pewne znudzenie. Myślałeś pewnie wtedy, że jestem wyjątkowo dziecinna. Ale ha, trudno, przecież nie każdy musi być taki poważny. Zresztą wiedziałam, czułam to, że doceniasz mój wysiłek zabawienia Cię czymkolwiek stąd odpowiadałeś lekkim ruchem łapką. Innym razem czekałeś aż się zmęczę i znienacka atakowałeś. Ale tylko raz. Więcej już Ci się nie chciało. Bo był już z Ciebie poważny kocur, by nie powiedzieć stary. To i nie będziesz fikał jak za młodu.

Lubiłam z Tobą sypiać. Jednocześnie zazdrościłam matce, że ma Cię częściej. W wyjątkowych bowiem okolicznościach przenosiłeś się do mnie. Ale za to u mnie drzemałeś w ciągu dnia. I mnie to wystarczało. Ostatnio lubiłeś wesprzeć łepek na czerwonych poduszkach, chyba było Ci na nich wygodnie, może ze względu na mięciutki materiał – plusz.

Ostatnio lubiłeś ze mną chodzić nawet do lekarza. To znaczy wyglądało to tak, że wsadzałam Cię do siatki, którą zakładałam na ramię. I szliśmy. Co jakiś czas sprawdzałam, czy nosek jest zimny. I w ogóle, czy nie brakuje Ci powietrza.

Nie wiem jak to się stało, że w ubiegłym roku przeoczyłyśmy ten moment, gdy bardzo schudłeś. Zawiozłyśmy Cię do doktora, gdy byłeś w bardzo ciężkim stanie. I wtedy zachorowałeś na jedno oczko. Lekarz stwierdził, że to z powodu schudnięcia, co wpłynęło na zanik tkanki tłuszczowej, która podtrzymuje gałkę oczną. Okropnie mi było Ciebie żal i miałam do siebie pretensje za to zaniedbanie.

Ale ja chyba bałam się doktorów, że Ci zaszkodzą. Już się przygotowywałam na Twoje Odejście i chciałam, aby to się odbyło w jak najbardziej naturalnych warunkach a nie w jakimś szpitalu. I co. Nie dałam rady.

A pamiętasz jak siedzieliśmy z Twoją kroplówką. Chyba cały dzień. Ty chciałeś wstawać, a ja nie wiedziałam o co chodzi i Cię zmuszałam, abyś się położył. A Tobie po prostu chciało się siku. Czyli tak, Kocie. Nie zawsze umiałam się z Tobą dogadać.

Ale przeważnie tak się działo. Byłeś moim Czarodziejskim Kotem, bo porozumiewaliśmy się bez słów. Ty po prostu wiedziałeś o czym ja mówię, o czym myślę. Czasami nawet się ze mną spierałeś – używając swojego kociego języka.

To dziwne, Kocie, ale mam takie wrażenie, jakby Cię już dawno nie było. A raptem od Twej śmierci upłynęło 6,5 miesiąca.

Ostatnio już nie lubiłeś głasków-nawalania po grzbietku. O nie. Ciekawe, dlaczego. Zauważyłam zresztą, że zmienił Ci się charakter, upodobania. Uwielbiałeś ciągle dotrzymywać nam towarzystwa. Kiedy siadaliśmy do stołu, Ty od razu byłeś obok. A w stołowym od razu wskakiwałeś na wolne krzesło. To tak, jakbyś nie chciał stracić ani jednej chwili bycia z nami. Czułam to, Kocie, i bardzo mnie to wzruszało. A poza tym Kot bardzo lubił być głaskany. Dawniej miał swoje humory, można było go podrapać tylko od czasu do czasu, a jak miał dosyć, to nawet potrafił drapnąć lub złowrogo mruknąć. Teraz nie – pieszczotom nie było końca, ciągle się nadstawiałeś. A w oczkach wtedy miałeś Wniebowzięcie.

Kocie, zawsze byłeś, gdy robiło mi się smutno albo chorowałam. Idealnie wyczuwałeś mój gorszy stan.

Ja nie do końca wyczuwałam Twoje samopoczucie, zwłaszcza to gorsze. Raczej chyba uważałam, że jesteś w bardziej refleksyjnym nastroju. Bo tak – lubiłeś posiedzieć zamyślony. Tak, i wtedy zabawnie spuszczałeś łepek. Tak sobie nawet spałeś na siedząco. Jak mędrzec? Czasami wydawało mi się, że gdzieś patrzysz w dal – jakby w inne światy, których nie widać.

Kocinko Kochana, nawet Andrzej się o Ciebie pytał zawsze. Jak się czuje Mruk?

Zresztą byłeś nam pośrednikiem i powodem do rozmów wszelkich.

Kotku Kochany, bardzo mi Cię brak.

Już nawet nie chce mi się wspominać Ciebie, jaki to byłeś bohaterski. I jak walczyłeś o nasze terytorium z innymi kotami, kotami obcemi. I jak witałeś się z Dziczką – noskami. Albo jak na nią fukałeś, bo pewnie wchodziła Ci w drogę. I jaki byłeś nieprawdopodobnie mądry kot, gdy czekałeś naprzeciwko okna, aż ja się pojawię, miałam zresztą pewność, że mnie ściągasz, dlatego, że chciałeś już wrócić do domu. Ktoś z nas wtedy szedł na klatkę schodową, schodził po schodach i otwierał drzwi, by Cię wpuścić do środka. A ileż to razy trzeba było kota szukać, wołać, wybierać się na sąsiednie podwórka, by sprawdzić, czy mu się jakaś krzywda nie dzieje. Szkoda gadać… Przeważnie jednak, a było to już po dobrych paru latach mieszkania razem, pojawiałeś się w kilkanaście minut do pół godziny po wołaniu. Zawsze zastanawiałam się skąd biegniesz. Na jaką odległość rozpoznajesz mój głos, lub mamy. Dochodzę jednak do wniosku, i wtedy też tak myślałam, że Ty nie tyle słyszysz, co odczuwasz. Ty, Kocie, po prostu wiedziałeś (telepatycznie?), że jesteś poszukiwany.

Bardzo lubiłam patrzeć, jak potem biegłeś, a robiłeś to takimi drobniutkimi kroczkami. Mruczek bieży, myślałam sobie radośnie, bo widok był nieziemski. Zresztą w podobny sposób zawsze mnie spotykałeś, gdy byłeś gdzieś w pobliżu, a ja wracałam do domu. Teraz robi to Dziczka, ale nie tak jak Ty. To oczywiste. Ty Byłeś Nasz. Biegłeś do Nas i Naszego Domu. Dziczka biegnie, bo chce być pogłaskana i nakarmiona. Ty mogłeś nic nie jeść. Nie musiałeś też dostać żadnych głasków. Ale cieszyłeś się na nasz widok. Na mój widok. I na tym polegała nasza bliskość. Bo radość była obopólna.

Bardzo mi Ciebie brak, mój kocie, Mruczku.

***

Kocieju Kochany, gdzie Jesteś?

Czy na jakiejś odległej planecie?

Kociejku, a pamiętasz, jak gadaliśmy do siebie. Ty swoje, a ja swoje.

Kocisko Kochane, Ty wiedziałeś Wszystko.

Koty Moje, czy nie jest Ci chłodno tam daleko?

Kocurku najdroższy, czy jeszcze mnie kochasz?

Maciejko najfajniejsza na świecie, Maćku, Maciusiu, mogłam na Ciebie wołać dowolnie. A Ty i tak wiedziałeś. Bo słyszałeś głos, którego większość ludzi nie słyszy. To Głos Miłości. A ten nas Wszystkich Łączy.

***

Kotku, i znowu wracam do Ciebie, dzisiaj Zaduszki. Czy miałabym się pomodlić za Twoją duszkę? – Nie wiem jak.

Normalnie, odpowiedziałbyś. Zresztą to słyszę. Tylko gdzie mam to uczynić? W kościele, na cmentarzu, gdzie Cię nie ma?

Kocurku kochany, a czy Ty mnie kochasz, jeszcze?

Kotki Moje Czarno-Białe, a czy mleczko na Tamtym Świecie też popijasz…

Nie mogę sobie darować, że Cię samego zostawiłam. Na pastwę losu przychodni i tej lodówki dla zwierzęcych trupów. A jak Ty nie byłeś trup. I jak się ocknąłeś, a tu zimno, ciemno i jesteś tylko Ty.

A jak Cię podpalili, to czy nic nie czułeś. I czy nie byłeś głodny, dzieciaku?

Tak, to jest katharsis, jaki dziś uprawiam w rozmowie z Tobą. Ale nie wiem czy to potrzebne i czy w takiej formie. Jakiś ciężar czuję w związku z Twoim Odejściem. To nie tak miało być. Chciałam Ci towarzyszyć w Twoim spokojnym gaśnięciu. Żebyś się nie bał.

A tu wyszło inaczej.

Ja wtedy nic nie czułam, kiedy leżałeś nieprzytomny na stole. Zamroziłam uczucia?

Miła i przystojna pani doktór, taki anioł w fartuchu, zrobiła Ci najpierw jeden zastrzyk, a potem drugi – już na śmierć. A ja nawet tego nie zauważyłam. O czymś gadałam z nią nad Twoją główką. Która była nieruchoma.

Wiem, chciałam zagadać uczucia, miałam zresztą pewien rodzaj więzi z lekarką. Może nawet chciałam jej pomóc w tym usypianiu Ciebie, aby dobrze to zrobiła i by sama się tak bardzo tym nie przejmowała. Bo widziałam w niej bardzo wrażliwą istotę. Zresztą mówiła coś o tym zabijaniu z konieczności zwierzęcia po zwierzęciu, i że jest dziś po trzecim, i bardzo źle to znosi.

Amen, nie będę już wracała do tego tematu. Bo zbyt go drążę. Po co?

***

Kocie Kochany, Twoja miłość była tak piękna. Bo wiesz o tym, że bezwarunkowa. (Tak jak i moja w stosunku do Ciebie, czułeś to.)

Taka miłość między ludźmi niemożliwa jest. Bo u nas to wiesz jak jest, ludzie ciągle czegoś potrzebują od siebie nawzajem, oczekują, a jak jeden nie spełni drugiego życzeń, to się wkurwiają. U Was, Kotów prawie tego nie ma, a jeśli – to minimalnie. Mogłeś się złościć na mnie drogi kotku, w tej chwili nawet nie pamiętam o takim fakcie, ale na pewno taki miał miejsce. Ale co z tego? Złość była krótkotrwała, a potem okazywałeś miłość, nie wiem, czy jeszcze nie większą niż przedtem. Że się czasem obraziłeś, owszem. No i co. Tyle, że to komicznie wyglądało, więcej nic. Jak byłeś mały, czy potem trochę większy, to pamiętam jak napadałeś na mnie, aby się „odwdzięczyć”. I też było to tylko zabawne. Bo co robiłeś? Polowałeś na moje chodzące stopy. Tak!

Kiedy szłam korytarzem, to Ty zza rogu nagle wyskakiwałeś i łapałeś mnie za nogi, czyli podgryzałeś moje kostki. I tak szybko jak się pojawiałeś, znikałeś za zakrętem. Takie to było z Ciebie zabawowe kocisko. I sprytne!

Owszem, obrażałeś się. Ale to tylko wtedy, gdy przychodzili do domu goście, a Ty musiałeś zejść na dalszy plan. To znaczy potem to się w ogóle nie pojawiałeś, gdy ktoś wchodził. Dopiero po godzinie kocur zaszczycał sobą towarzystwo. I też tylko na parę minut.

***

Strasznie byłeś głodny w ostatnim okresie swego życia. Ciągle krzyczałeś: „Jeść!” Mama nie nadążała z krojeniem mięska dla Ciebie. Widziałam, że nieraz była wściekła, bo byłeś tak aktywny w tym dopominaniu się o strawę. Czułam, przeczuwałam, że to było jednak chorobliwe. Matka narzekała, że spore są na Ciebie wydatki. Mnie to wkurzało. Ale dziś nie wiem po co. Ona często narzeka, i nie ma się co denerwować, po prostu taka jest. To jej energia.

Ale i mnie czasami ogarniało zniecierpliwienie. I za to Cię przepraszam. Bo zdarzało się, że mi się nie chciało podać Ci jedzonka albo wypuścić na dwór (to rzadko!) czy też zmienić piasku w kuwecie, gdy ostatnimi czasy z niej korzystałeś, musiałeś to robić, bo wiem, że lepiej Ci było te sprawy załatwiać na dworze. W domu się męczyłeś. Kuweta była za mała, piasek nieodpowiedni. Niby się godziłeś na wszystko, ale czułam, że to tylko proteza podwórzastego piaseczku i otwartej przestrzeni – a raczej zaprzeczenie.

I nie chciało mi się nieraz podrapać Cię – a właściwie potłuc po grzbietku, a potem pociągało się kota za ogonek, a on z lubością robił Miauuuł. A jak zakładałam do tych „zabiegów” rękawiczki, pamiętasz? – Na początku się wystraszyłeś. Nawet nie wiem, czy to nie pierwsza mama wymyśliła te pieszczoty. Ale potem – tylko się nadstawiałeś. I niby trochę bałeś, ale to była z Twojej strony kokieteria.

No i zabawę w chowanego uwielbiałeś. A polegała ona na tym, że kot nagle znikał i nie wiadomo było gdzie jest. Pytało się więc: gdzie jest nasz kot? I znowu: gdzie jest kotek, co się stało z naszym kotkiem. Wiedziałam, że gdzieś siedzisz w przyczajce i się trzęsiesz ze śmiechu. A jak już kota się znalazło, to siedział w pozie puchacza. Bardzo był zadowolony, że tyle czasu mógł nas wyprowadzić w pole. Innym razem kot chodził po mieszkaniu, na chwilę się chował, żeśmy go łapali, a następnie kiciuś ponownie wyruszał do jakiejś kryjówki. Czasem bywało i tak, że chowałeś się tak dokładnie, że pół dnia nie można było Cię znaleźć. Zupełnie nie wiem, gdzie mogłeś przebywać. Bo dopiero po wielu godzinach skądś wyłaziłeś. Ale tego momentu nikt nie widział. Kot po prostu ni stąd ni zowąd pojawiał się na horyzoncie. Szedłeś wtedy spokojnym krokiem, udając, że nic się nie stało.

Chce mi się spać, Kotku. Napiszę do Ciebie jutro. Znowu. A teraz gdziekolwiek jesteś, Dobrej Nocy, życzę Ci.

***

Moje Kochane Kocię, dawałeś mi też spokój. Bardzo lubiłam patrzeć na Ciebie jak pijesz mleczko. A także spokojną radość, kiedy biegłeś na spotkanie ze mną. Biegłeś tak, aż nóżek nie pogubiłeś. Jeszcze dziś widzę Cię, drepczącego po podwórku w moim kierunku, a właściwie szybko drepczącego, nie wiem jak to określić. Twoje nóżki same Cię niosły, ale Ty jednocześnie bardzo się śpieszyłeś. Dziś zastanawiam się dlaczego? Może obawiałeś się, że Cię nie zauważę… Pewnie tak było, a ja tego nie widziałam, że parę razy, może więcej!, nie zdążyłeś i musiałeś głodny oraz zmarznięty, a może nawet zmoknięty, czekać w krzakach, aż pojawię się znowu na horyzoncie. Może dlatego, jak byłeś gotów, do powrotu do domu, to byłeś na widoku naprzeciwko okien. Potem siedziałeś jak posąg, wpatrując się w szyby, aby wypatrzeć w nich nasze twarze, a może oczy? Tak, kontaktowaliśmy się oczami. Potem jedno miałeś chore, Biedaku Mój. Bardzo to było dla mnie przykre.

***

Kotku miły, gdzie Ty jesteś, jak Cię tutaj nie ma?

Czy Ciebie kiedykolwiek bolała główka, tak jak mnie teraz. Czy w ogóle odczuwałeś tego rodzaju ból. Pewnie tak. Tyle, że nie rozmawialiśmy na ten temat. A co Ty robiłeś jak byłeś chory…

Przeczytałam niedawno w jakiejś książce, że koty chowają się gdzieś, gdy się boją. Mało odkrywcze. Z Tobą było tak non stop, gdy wybieraliśmy się do doktora. Ostatnio robiliśmy to wciąż i wciąż. A Ty się wciąż chowałeś. Chociaż pod koniec znacznie mniej. Byłeś już przyzwyczajony, zaakceptowałeś sytuację. I mam wrażenie, że po prostu rozumiałeś, że lekarze chcą Twojego dobra. Albo to było tak, że nie sprzeciwiałeś się z mądrości. Nie miałeś wyboru, bo i tak wiedziałeś, że Cię tam zawieziemy. I to budzi we mnie ogromny smutek. Bo chyba tak, szedłeś do doktora jak skazaniec. Chociaż w tej siatce lubiłeś przebywać, jakoś jakby mniej się bałeś. A w autobusie – prawie wcale. Nie to co w aucie. Jazdy samochodem nie cierpiałeś, i było tak do końca.

Kot chory, to kot nieobecny. Takie mam doświadczenia z Tobą. Albo gdzieś się zaszywałeś, albo właziłeś pod stół, by być bardziej niedostępnym. Chociaż ostatnio to było Twoje miejsce wypoczynku, Twój domek-pokoik (?). Miewałeś smutną minę, to świadczyło o Twoim złym samopoczuciu. Raczej nie dawałeś znać głosem, że jest Ci źle. Chociaż miałeś swoje mini-zawodzenia, lubiłeś chodzić po mieszkaniu i smutno śpiewać, jak byś się żalił. Miał-miał-miał, miał-miał-miał-miał-miał-miał, miał-miał. Jak byś gaworzył grustno.

Kocisko moje kochane! Nie mogę uwierzyć, że Cię już nigdy nie zobaczę. Był kot i go nie ma. Jak to tak???!!!

Kociaku, kociątko najdroższe. Bardzo mi Ciebie brak…

Kim teraz Jesteś? Daj jakiś Znak.

***

Strasznie tęsknię za Tobą, nawet nie wiesz jak. Nie widzę, może nie potrafię dostrzec, znaku, o jaki Cię prosiłam. Bo pewnie go dajesz, jestem o tem przekonana. Wbrew temu, co wszyscy sądzą. Że na przykład koty nie mówią, albo nie myślą, nie mówiąc już o tym, że nie czują. Skąd! – Koty są jak my, ludzie… Powiedzą o tym wszyscy prawdziwi kociarze. Jeśli, oczywista, mają autentyczny kontakt ze swoimi braćmi mniejszemi.

Jak mam rozróżnić Twój Znak – z Krainy Braku Znaczeń. Jak wyjść poza ten Wymiar…

Barbara Jagas

O mnie

Nie wiem kim jestem i całe życie się dowiaduję. – To fascynujące!