W SuperExpressie Lindenberga pracowałam krótko. Albowiem Redaktor Naczelnej dodatku reporterskiego pod nazwą „Magazyn” (gdzie byłam zatrudniona) nie podobały się moje pomysły. Jednym z nich był poniższy tekst. Umieszczony wbrew jej woli, ale z późniejszymi dotkliwymi dla mnie konsekwencjami.
(Po prostu Lary wywalił mnie na zbity pysk. I nie pomogły prośby żale i łzy. Podjąłem decyzję, powiedział mi na pożegnanie.)
GARBATY LOS – tekst Barbara Jagas, Super Express Magazyn 28-30 sierpnia 1992 roku



Trudno o lepszą obsadę filmu: Anna Seniuk, Bronisław Pawlik, Franciszek Pieczka… A obok nich kompletnie nieznany główny bohater – Bronisław Pekosiński. – To właśnie niemu reżyser Grzegorz Królikiewicz poświęca film, nad którym od dwóch miesięcy trwa praca. Scenariusz nie powstał w wyobraźni, napisało go bogatsze niż wyobraźnia życie – Pekosińskiego, człowieka, który nazwisko zawdzięcza skrótowi PEKOS (od Polskiego Komitetu Opieki Społecznej), a datę urodzin – wybuchowi wojny.
***
Miałem wtedy trzy lub cztery lata. Widzę dom w lesie. Na środku izby wystrojona choinka. Jakaś dwójka dzieci. Bawię się z nimi piłką. I drugi obraz. Nagle coś się wali – słyszę łomot, jęk, krzyki. Dalej nie wiem co się dzieje. Później – czarna pustka. Teraz wydaje mi się, że po tym bombardowaniu czy ostrzale wkroczyli Niemcy, a ja dostałem się do obozu.
Pamiętam zarys postaci kobiety. Za mgłą, z oddalenia. Nagłym ruchem zostaję wyrzucony poza druty kolczaste. Zaraz potem czuję ból. Słyszę strzały. Po pierwszym kobieta pada. Mogła być moją matką. Po drugim strzale osuwa się wartownik. Potem mam lukę w obrazach. Jak zeznali późniejsi świadkowie – zostałem przerzucony za druty, kiedy w 1942 r., po spacyfikowaniu zamojskich wiosek, przenoszono obóz ze Zwierzyńca na Majdanek.
***
Znaleziono go na kopcu kartofli. Opiekunką w Zwierzyńcu była ordynatowa pani Róża Zamoyska, która w czasie okupacji organizowała pomoc dla sierot. Namawiała wszystkie wartościowe panny, aby były wychowawczyniami. Jedną z nich była Wanda Cebrykow. Próbowała zastąpić mu matkę. Serce jej się ścisnęło, gdy zobaczyła małego zagubionego chłopczyka, z zarysem garbu na plecach. O niej nie mówi on teraz inaczej, jak tylko „moja mamusia”. Obok uczucia ciepła, pamięta jeszcze inne. Lęk. Przypomina sobie białą postać na szczudłach. Mówiono, że to Strach. Chował się przed nim pod łóżko. To starsi chłopcy w taki sposób straszyli maluchy. Ale on nie wiedział o tym i bał się.
***
W domu dziecka w Zamościu trzeba było dzieci zaewidencjonować. Byłem bez nazwiska, dlatego należało je dla mnie ustalić. Matka przełożona z sierocińca wołała na mnie Bezimienny. Nie lubiłem tego. Bo nie chciałem być bez imienia, chciałem się jakoś nazywać.
Sędzia Bolesław Kozyra nadał mi właściwe nazwisko – P e k o s i ń s k i .
Pochodziło od PEKOSu – skrótu Polskiego Komitetu Opieki Społecznej. Data urodzenia – 1 września 1939 roku, dzień wybuchu drugiej wojny światowej; imieniny Bronisława. Tak zostałem Bronkiem.
– Czy chcesz urodzić się w mieście – pytał sędzia. – Nie, wolę w Zwierzyńcu.
Pamiętam las, wokół zielono. Obok mógł być mój dom.
***
Dużo serca w kalekiego chłopca włożyła Helena Byczkowska, głęboko religijna wychowawczyni z Zamościa. To ona nauczyła Pekosa modlić się. Przenosił się wtedy do innego świata. Był lepszy jak mu się wydawało. Dzięki Skrzynce Poszukiwania Rodzin PCK do „bidulca”, jak nazywano dom dziecka, przyjeżdżali ludzie z różnych zakątków kraju. Polacy, Żydzi, Cyganie. Bronek zwracał na siebie uwagę ze względu na garb, przydługie nogi i skrzeczący głos. Typowe cechy karła, choć wyrośniętego. Natomiast nikt nie zauważał jego inteligencji, poczucia humoru. A przecież mały chłopiec potrafił być rezolutny i dowcipny.
***
Pani Byczkowska z przerażeniem zauważała jak Bronkowi wykrzywia się kręgosłup. Jedno ramię miał wyraźnie niżej i rósł mu garb. Lekarze mówili, że to następstwo upadku, jakiego miał doznać wcześniej. Bronek pamiętał jak matka przerzucała go przez druty.
Specjaliści ze szpitala w Zamościu byli bezradni. Zdecydowano, że chłopca należy skierować do Ortopedycznego Domu Dziecka we Wrocławiu.
Podróż była dla pani Byczkowskiej długa i wyczerpująca. Bronek cały czas płakał, aby go nie opuszczała i że chce wracać do Zwierzyńca i Zamościa.
***
Dom dla dzieci ze skoliozami prowadzili zakonnicy. Przeor umiejętnie zagadnął chłopca – pokazał mu króliki, którymi Bronek miał się opiekować.
Potem założono malcowi gorset.
Traktował go jak kajdany, w które został zakuty. Mimo dozoru, próśb i gróźb ciągle starał się od niego uwolnić. – Bo uciskał go w plecy, powodował, że ciężko mu się oddychało.
W końcu kierownictwo ortopedycznego domu uznało, że pobyt Pekosińskiego jest bez sensu. Chłopiec nie poddaje się leczeniu, a poza tym usycha z tęsknoty za swoją wychowawczynią. Pewnego dnia chłopaka odesłano z powrotem do Zwierzyńca.
***
Przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Do kraju wkracza stalinizm i nowe porządki. W domu dziecka u Bronka pojawiają się zetempówki – wychowawczynie w czerwonych krawatach. A wraz z nimi filozofia laicka.
Do tego samego domu trafia niejaki Ksawery Drozd. Bierze pod opiekę Bronka, robi wszystko, by dobrze się uczył, a jednocześnie wpaja mu nowy światopogląd. Bronek przestaje chodzić na nabożeństwa majowe. Zrywa kontakty z Byczkowską, księżmi i siostrami. Zmienia się.
„Polska będzie socjalistyczna. Od „K.”apitału” Marksa rozpoczął się korzystny zwrot ludzkości” – tłumaczy Drozd Bronkowi. „Teraz wyzuty z praw proletariat zyska ideę przewodnią.”
***
Tymczasem Bronek dowiaduje się, że jest pielgrzymka do Częstochowy. Chce koniecznie na nią pojechać i mówi o tym Drozdowi. Pragnie modlić się o to, by znaleźć matkę. „Bronek, jako wychowawca, powinienem zabronić ci tego wyjazdu. Ale z drugiej strony znam ciebie i wiem, że ty musisz tam być.”
Modlitwa przed Obrazem Matki Boskiej jest dla chłopca niezwykłym przeżyciem. Przez łzy dostrzega wyraźniej niż we wspomnieniach twarz matki
Podjęta od nowa próba odnalezienia matki nie udaje się. Brak podstawowych danych uniemożliwia odszukanie tropu.
***
Trwają akcje żniwne tak typowe dla lat 50. Bronek wraz z wychowankami domu dziecka z Zamościa wyjeżdża latem 1954 do pegeeru koło Stargardu Szczecińskiego. Zostaje tam pomocnikiem kombajnisty.
Pracuje od rana do świtu, co trwa kilka tygodni. Potem z satysfakcją odbiera swój zarobek, jest dosyć spory. Ale musi dać dolę na zbiórkę do kapelusza. To na dożynkową wódkę.
Dożynki odbywały się na świeżym powietrzu. Butelek z wódką na stołach było tyle, że chłopcu kojarzyło się to z jakąś aleją w parku, w dodatku ciągnącą się poza horyzont.
Pito do upadłego. Wybuchła bójka, którą rozpędzała milicja. Kombajnista uczył chłopców jak się pije. (Bo oni byli debiutantami.) Namawiał, aby pozostali w pegeerze; bo z nauki jest niewielki pożytek, a tutaj brakuje rąk do pracy.
Bronek odchorował dożynki. (Pamięta, że cały świat mu się kołował. A na drugi dzień przyszedł nieznany mu jeszcze kac.) Zgodnie jednak z radą kombajnisty napił się kielicha. I w ten sposób nauczył się, że kaca należy leczyć klinem.
***
Bronek jako kilkunastoletni chłopak wyjeżdża do sanatorium w Rabce, Zakopanem. (Bo jest zakażony gruźlicą.)
CDN.