Cykady na Cykladach, tak chciałam je usłyszeć, o czym śpiewała boska Kora, czyli córka bogini Demeter. Ale się nie dało, bo przecież płynęliśmy, a na wyspach i tak spaliśmy na łajbie, kiedy to najbardziej słychać ich świerk, jeśli można tak powiedzieć. Bo tak – właśnie wydają tego typu dźwięk, bliżej nieokreślony, jak to świerszczyki, czyli pasikoniki.

Wyruszyliśmy w niedzielę o świcie, albo prawie o tak wczesnej porze, bo przecież nikt na takim rejsie, który ma być bardziej relaksem niż obozowym rygorem nie mierzy czasu; nie ma na morzu ani kalendarzy, ani zegarków, tak jak to mieli, lub mają, bo nie wiem, czy jeszcze żyją, przyjmijmy jednak, że tak, Hunzowie, lud pochodzący od Greków, potem się trochę skundlił, ale nieznacznie, w każdym razie potomkowie rycerzy Aleksandra Wielkiego, którzy uciekli nie wiedzieć czemu w Himalaje, gdzie założyli komunę; a później królestwo, które jednak nic wspólnego z monarchią nie miało, bo król z królową byli tylko liderami, wykonując w czasie wolnym od rządzenia takie same prace jak inni.
Podobne obyczaje, czy raczej zasady, panują na jachcie, gdzie – oprócz kapitana – który nim zarządza, ale obok tego jest po prostu morskim bratem, wszyscy są równi. Dlatego od początku poczuliśmy jedność i radość ze współdziałania. Dopiero w późniejszym czasie ujawniły się między nami różnice, charakterologiczne, ale nie tylko. O czym za chwilę.
Skład naszej drużyny, jak to się dzisiaj modnie mawia, stanowił mieszankę wybuchową. Było wśród nich dwoje melancholików, których można by nazwać romantykami, para stąpająca mocno po ziemi – ona zorganizowana, konkretna, on – równie szybki w działaniu, ale typ wykonawcy, byli mieszanką wszystkich czterech osobowości według Hipokratesa, może najmniej w nich można było znaleźć melancholii, choleryk pokręcony z sangwinikim, choć nieraz łapała go melancholia, sangwiniczka połączona z choleryczką, a także para wykazująca brak charakterystycznych cech, które określałyby ich osobowość, według tegoż starożytnego myśliciela i lekarza, o którym była mowa. Dlatego na użytek naszych rozważań, a może opowiadania, nazwijmy ich Athe i Zeo. Athe to skrót od Ateny, bogini mądrości i sprawiedliwości, Zeo – od Zeusa, choć w tym przypadku można by spokojnie nazwać go Jezusem, ponieważ ten najważniejszy bóg Olimpu nie należał do najłagodniejszych, raczej można go było spotkać, nadal tak jest, jak ciska piorunami. W sumie, gdyby się uprzeć, u pozostałej szóstki też można by znaleźć ślady boskości, ale dla uproszczenia zostawmy ich przy swoich ludzkich imionach, skracając je nieco, by jednak tym światłem trochę rozjaśniali rzeczywistość, a jednocześnie nie różnili się aż tak od naszej pary wybrańców. W końcu niejednokrotnie wszyscy razem, jak wcześniej ustaliliśmy, stanowili połączony miłością ludzki zespół, a nie zbieraninę egoistów. (Chociaż zdarzało się i tak, niestety. Ale o tym później.)

Ale różniliśmy się także, pięknie, wiekiem, nie tylko płcią i cnotami, lub ich brakiem. Artu z Ingą byli z nas najmłodsi i w sumie ta ich melancholia mogła być nieco udawana, introwertyzm także – nieco kontrolowany, bo po prostu nie czuli się swobodnie. Gdyby popłynąć z nimi po raz kolejny może okazałoby się, że Inga potrafi huknąć, gdy ktoś ze starszych zwróci jej uwagę, zresztą uczyniła to nawet raz, gdy Iwa – z nas chyba najstarsza, zapytała, co robi, gdy ta tylko piłowała swoje paznokietki. (Dodajmy, że pytanko było złośliwe, bo tak naprawdę chodziło o to, by popędzić dziewczynkę do roboty, albo – skrytykować, że tylko siedzi i oporządza te paznokcie albo patrzy w ekran smartfona, podczas gdy Iwa, nasza mądrala, co na każdy temat ma swoje zdanie, i tylko jej liczy się, czyta np. harlekiny, a nie bumeluje /jej zdaniem, rzecz jasna/) Lwia z Adem stanowili wiek średni, dochowawszy się już młodzieży, która studiować zaczyna, jednak z najmłodszymi znaleźli szybko wspólny język, dyskutując o ich skończonych szkołach i pierwszych krokach w życiu dorosłym. Nigdy nie pozwoliłbym córce jeździć na motorze, to szalenie niebezpieczne, rzekł któregoś dnia Artu do Lwi, a raczej Ada, który jako ojciec bardzo obawiał się spełnić marzenie swej córy, które popierała jej matka właśnie Lwia, uznając, że wysportowana kobieta, to niezależna kobieta, a motor miał być tego również określeniem. Jej wyemancypowanie nawet raziło, gdy wyprawiła kiedyś Ada do sklepu po produkty, dyktując co ma kupić, a nawet rozkazując, by nagrał to na dyktafon. Być może brało się to z faktu, że była lekarzem, ale takim, który nie znosi sprzeciwu pacjenta. I tak mniej więcej traktowała swego męża. Amen.
Iwa, najstarsza (metrykalnie, rzecz jasna) i najbardziej puszysta, jak to się dzisiaj określa, dała się od razu poznać jako gaduła nad gadułami. Na szczęście, oprócz zanudzania innych swoimi wspomnieniami z poszczególnych prac, i układów tam panujących, wykazywała duże poczucie humoru, czym zarażała Nusza, bardziej spokojną niż gwałtowną duszę. Przy niej Nusz się rozkręcał i stawał może nie gadułą, ale w pełni mieszanką choleryczno-sangwiniczno-melancholiczną (to ostatnie miejscami, gdy nikt nie widział).

Atena zwana Athe była kobietą bez wieku, jak to bóstwo, można powiedzieć, że wiecznie młoda, zresztą tak o sobie mówiła. Z kolei Zeus, takoż bez metryki, raz wyglądał jak chłopak, a innym razem – jak niedoszły emeryt, choć bez grama tłuszczyku, choć z niewielkim brzuszkiem, który jest typowy dla pewnego wieku, już; w każdym razie nie mają ich młodzi mężczyźni – co to smukli są, umięśnieni lub opaśli. Ścieżką Jezusa podążał, czyli niby starzał się zgodnie z wiekiem, ale z drugiej strony, przy braku zgody nań, pokrywał smutek i zgorzknienie śmiechem, którym zarażała go Athe; tak Zeo zdecydowanie lgnął do energicznych, radosnych i pozytywnie nastawionych (jakkolwiek by to źle, czy zbyt modnie, brzmiało) kobiet, nawet czasem oglądając się za nastolatkami – w nadziei (złudnej, o czym sam wiedział), że może któraś go zechce. A wtedy… a wtedy udowodni sobie, że jest całkiem młody, tak jak tego gorąco pragnął (ale tylko czasami. Przeważnie jednak godził się na swój wiek i w ogóle życie jako takie, przypominając sobie nauki Kościoła katolickiego. Choć nie do końca. Jednak bunt w nim był, o czym świadczyły: zainteresowania ezoterą i taichi.)
Nie omówiliśmy jeszcze sylwetki Nusza, typowej dla pana po 70., jednak dobrze utrzymanego. Były dni, gdy można było ze spokojem dać mu 60-kę, a nawet lekko nadszarpniętą 50-kę. Wiadomo przecie jak dziś wyglądają przepracowani mężczyźni, w wieku średnim – jak staruszkowie. Chociaż nie palił – nawet fajki. Za to popijał gorzałkę, z dużym wdziękiem, raz nawet wszystkim postawił siedmiogwiazdkową Metaxę. Tak, Athe, wyjaśniał bogini, która przecież nie pije, to boski napój (tak się wyraził)(i chyba miał rację) – przez siedem lat stał ten trunek w dębowych beczkach. I czekał, he-he-he, aż my się go napijemy. Skubał się przy tym w kilkudniowy zarost, z radości wspólnej degustacji, która miała niebawem nastąpić, który specjalnie zapuścił na ten czas, odpoczynku time. Wtórowała mu Iwa, prawdziwa miłośniczka procentowych nektarów, tj. szczerzyła swe piękne ząbki na tę myśl, tę samą myśl.
***
Okeanos, bóg wód, był tym razem miłosierny dla ósemki śmiałków, nie kołysząc Adriatykim, ani nie wzywając żadnej z boginek wiatru, by trochę dmuchnęła w żagle. Na Rodos, wyspę róż, którą ofiarowano kiedyś Heliosowi, wszystkowidzącemu bogowi słońca, a gdzie wprzód płynęli, ale dwa lata temu, podróż wyglądała zupełnie inaczej. Szalał sztorm, mogło być 9 stopni w skali Beauforta, siła wiatru dochodziła do 80 km na godzinę, a fale wydawało się, że zaleją pokład. Tylko dzięki Danie, nie mylić z Dianą, która wtedy była u steru, a pomimo braku patentu sternika kierowała jachtem idealnie (nie ma się co dziwić, miała wcześniej dwóch mężów, z których jeden posiadał jeszcze większy jacht, więc po prostu była zaprawiona w bojach. Jeździła też świetnie samochodem.) Nawet kapitan Nusz nie mógł się nadziwić, że ta dama steruje żaglowcem prawie jak on. A tamtego roku mieli trochę inny zestaw załogi – czwórka z tegorocznej Anny 2, Dana oraz małżeństwo żeglarzy ze Śląska – ona dominująca półgaduła, on – cichy wykonawca, typowy introwertyk, choć z kiełkującym ekstrawertyzmem, który przejawiał się tym, że Mark ciągle był do wzięcia, jednym słowem kapitan Nusz mógł spokojnie na niego liczyć, nawet jak zepsuł się motor (na którym nie za bardzo się znał, ale chciał się znać, a chcieć to móc). Nata zresztą także, pomimo złamanej nogi, a w zasadzie, konkretnie nogi w półgipsie, była niezwykle pomocna i społeczna, ale to bardziej wynikało z jej ekstrawertycznej natury. Ciągle też zagadywała Athe, bo ona także z nimi płynęła, w nadziei, że sobie pobiesiadują i po prostu poplotkują. Niestety, Atena nie była wtedy w Wyższych Boskich Energiach, a przebywała raczej na Nizinach, dopiero co wyszła z kolejnego dołka, bo kiedy stawała się człowiekiem, jej perspektywa zamykała się, tak jak to bywa zwykle, u normalnych ludzi – raz jesteśmy przygnębieni, smutni, a innym razem weseli – wtedy perspektywa nam się poszerza. A więc na zaczepki, jako zwykła dziewczyna, w dodatku smutna, bo rozpamiętująca różne historie z przeszłości, także śmierć ojca, po prostu nie odpowiadała. Natka jako pedagog więzienny, a więc doświadczony psycholog niemal, próbowała ustalić przyczynę tego zamknięcia. Tata? Tak, odpowiadała Atenka, aby odczepić się od natrętki, bo tak naprawdę ogólnie czuła się źle – i fizycznie, i psychicznie. Nie chciała wcale jechać w żaden rejs, ale skoro zapłaciła, trudno – w końcu podjęła decyzję, że płynie (choć do końca się opierała. Mówiła nawet Ranowi, jej narzeczonemu, że zostaje. Zobaczysz, on na to, pojedziesz, zawsze mówisz, że ci się nie chce, a potem ruszasz. Śmiał się. Tak, w takich sytuacjach pozwalał sobie na radosny uśmieszek, jeśli można w ogóle tak rzec.)
Co ty mówisz, Athe, przecież nie byliśmy na Rodos, odparł Kaptain, kiedy Atena oddała się wspomnieniom. Jeśli nawet, to co? To nic, tyle, że Rodos nie należy do Cyklad. Aha. Atena nie próbowała dyskutować z kapitanem, ponieważ wyspy na ogół myliły jej się bardzo, zwłaszcza po powrocie do domu, gdy chciała o nich napisać. Pewnie, że podporą jest zawsze wikipedia, czy też zwykła encyklopedia, ale Atha w tym przypadku niechętnie z tego korzystała, by nie być posądzoną o plagiat. Plagiat? Jaki plagiat? Ale bogini mądrości wiedziała o czym mówi, nawet gdy ktoś inny nie miał o tym pojęcia. Za to odwiedziliśmy Paros, z tym, że nie od razu, rzekł Kaptain. I wtedy Athe przypomniała sobie, że musieli dopłynąć do Parikii, miejscowości, która słynie z marmurów, powstały z niej przecież słynne rzeźby: Wenus z Milo i Nike z Sanotrali. Mówił o tym sam kapitan, przynajmniej o pierwszej rzeźbie, drapiąc się z dumy po świeżej bródce. Z dumy, że zna historię nie tylko starożytności, a także iż może się swoją wiedzą podzielić. Bo. Czasami lubił się dzielić, tak, na pewno cenił to u siebie.
No więc ten sztorm musiał być gdzieś indziej, pomyślała Athe. Ale już nie dociekała gdzie. Na pewno w jakimś cennym miejscu, bo przecież na Adriatyku nie ma zwykłych miejsc. Każdą wyspą opiekuje się jakieś bóstwo, inaczej mówiąc jest czczone przez jej mieszkańców, w wielu grotach, prawie we wszystkich rodzili się bogowie, np. Zeus.
Ale gdyby zapytać Zeo, gdzie się zaczęło jego istnienie, nie powie, nie pamięta.
Nie ma się czemu dziwić, w końcu było to bardzo dawno. Choć z drugiej strony… czasu podobno nie ma. (To ludzie go wymyślili na swój użytek, by przeżywać w zorganizowany sposób swe życie.)
Teraz Atena obserwowała kierunek podróży, a potem śledziła wpisy w Dzienniku Yachtowym. I choć to nie było w jej stylu, bo przecież bogini może być wszędzie jednocześnie, to pierwszą wyspę nawet sama zapamiętała. Choć pamięć nie była jej przecież do niczego potrzebna. (Jak pamiętamy, wieczność nie zna czasu, a więc po co coś pamiętać.)(Proste? Proste.)
Nawet kapitan tuż po wypłynięciu z mariny w Kalamaki, kiedy opuszczaliśmy Ateny, na pytanie któregoś z nas, dokąd płyniemy, odpowiedział: Nie wiem, czy coś takiego. Widać nie obrał sobie żadnego celu. Tam, gdzie będzie wiał jakiś wiatr. Rzekł po chwili. Jednak widać było po nim, że nie jest nastawiony na zaliczanie czegokolwiek albo odkrywanie, zwiedzanie itp. Nusz pragnął luzu, szumu fal, zapachu morza, śpiewu delfinów i niczego więcej, potem i tak siedział w łodzi, nie chciało mu się spacerować po wysepkach. Natomiast gdy inni się gdzieś wypuszczali, np. Athe i Zeo, szczególnie oni, to wstępowała w niego złość. Czemu? Nie wiemy. Możemy jedynie się tego domyślać, ale o tym – cicho-sza.
***
Czemu płynąc po Morzu Egejskim, gdy nic się nie dzieje, masz do zrobienia tylko tyle, ile wymaga od ciebie obowiązek np. wachty, a za tym idzie pilnowanie kursu, czasem kapitan pozwoli posterować dłużej niż godzinkę-dwie, innym razem musisz ugotować makaron z sosem pomidorowym, czujesz się wolny i szczęśliwy. Patrzysz sobie na morze, które prawie się nie zmienia, jest tylko jasno lub ciemno-szmaragdowe, chyba, że jest sztorm, to bywa szare, raz na jakiś czas pojawi się delfin lub zobaczysz z daleka grzbiet rekina, i to jest to, cieszysz się jak dziecko. Czas się poszerza.
Czasem wejdziesz w jakąś dłuższą gadkę z innym żeglarzem, innym razem zanucicie sobie piosenkę, to znów zatopisz się w lekturze, którą nieopatrznie zabrałeś ze sobą (bo przecież po co ci ona tutaj. Lepiej czytać coś z Jaźni, z którą się łączysz wraz z innymi, z Kroniki Akaszy, jeśli ktoś w nią wierzy.) Możesz też niczemu nie poświęcać uwagi, nawet rozbryzganym falom, które pluskają o burtę. Medytujesz, pyta cię kapitan. Tak, oj tak, ale tak naprawdę nie wiesz.
Nie ma czasu! Nawet wtedy, gdy przesypiasz go w kajucie za dnia. A z drugiej strony czujesz się nasycony, pełen wrażeń bez wrażeń.
***
Skupiłam się na czujniku pokazującym wiatr, ale nie mogłam go odczytać. Nic dziwnego, było zaledwie 2 węzły i wskazówka zaledwie drgnęła. Od pół godziny jechaliśmy na motorze. Ale wstyd, powiedziałby mój ojciec. No cóż, i takie żeglarstwo trzeba zaliczyć. Powierzchnia morza była prawie płaska, a niewielkie zmarszczki ledwo było widać. Ale flauta, powiedziałby tata i zacząłby szukać miejsca, gdzie dochodzi do jakiegoś ruchu powietrza. Jednak kapitan się nie śpieszył, siedział za sterem, tak pro forma i delikatnie drzemał. Odsypiał wszystkie swoje prace i naprawiał troski, które rujnowały mu nastrój przez ostatnie tygodnie. Na szczęście miałam wachtę, więc mógł spokojnie wypoczywać, nie obawiając się, że ktoś nadpłynie znienacka. Jak te okręty bojowe NATO, które pojawiły się znacznie później. Jechały w zwartym szyku, bezszelestnie, aż dziw, miały w sobie jednocześnie grozę i elegancję, nie wiadomo czego więcej.
Dochodziło południe, upał był niemiłosierny, dlatego rozłożyliśmy daszek, aby słońce nie patrzyło nam prosto w oczy. Nagle ni stąd ni zowąd usłyszałam znajomy dźwięk, jakby delikatne gwizdanie. Obejrzałam się do tyłu… i co widzę – delfinka w pełnej krasie. Podpłynął prawie pod samą łódź, zrobił kilka zawijańców, jakby bawiąc się z nami, i spokojnie odszedł, nawet nie zdążyliśmy go niczym nakarmić.
Nic nie wiedziałam na tema Kei, w kierunku której, jak się dowiedziałam, płynęliśmy. Bardzo często tak robię, że nie przygotowuję się do podróży, by nie zamącić sobie pola widzenia i odczuwania. Bo to tak jest, że gdy za dużo na jakiś temat wiemy, to mózg, umysł, jak zwał, tak zwał, skupia się głównie na tym. Zbyt duża ilość wiedzy jest wręcz obciążająca dla nas, bo sprawia, że po prostu się męczymy, chcąc wszystko obejrzeć, wszystkiego dotknąć. I co to wtedy jest za wypoczynek, panie… Brak wiadomości powoduje przede wszystkim spokój, że niczego nie trzeba….(i tu sobie każdy wstawi, co chce). A mnie o to chodziło i myślę, że reszcie załogi też.
Obiad, zawołałam, bo mieliśmy jeszcze z Zeo wachtę w kuchni. Proszę wszystkich do stołu… W zasadzie trzeba było zebrać kolegów w mesie, bo tam było najchłodniej, ale każdy na razie chciał jak najwięcej przebywać na powietrzu, więc zrobiliśmy posiłek na pokładzie.
Nie była to żadna grecka ryba smażona wraz z czosneczkiem, bo nikt jej nie kupił, ani gyros (w końcu wszyscy go znamy) lub musaka albo chociażby zapiekanka z bakłażanami, a nasz polski kurczak, choć zakupiony w ateńskim markecie, pokrojony w kawałeczki, a w zasadzie wyszarpany w cieniutkie pastereczki (czemu? Bo nie było normalnego ostrego noża. Męczyłam się więc okrutnie, przy pomocy dziecięcego nożyka. Ale efekt był.) podsmażony z cebulką i warzywami, do tego ryż. Tego typu mamałygi każdemu smakują i łatwo je robić, chociaż ja akurat bardzo się starałam, dodając orzeszki, migdałki, rodzynki, sosik pomidorowy, oliwki, co tam znalazłam. Zeo, obiecał wcześniej, że będzie gotował, bo ja nastawiałam się na słodkie lenistwo, przypilnował tylko ryżu. Myślałam, że wyjdzie sypki, ale i tak nikt nie zauważył, że został rozgotowany. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że jemy na łodzi, a na świeżym powietrzu w zasadzie nie ma rzeczy, która by nie smakowała. Na deser, zamiast lodów (bo kto by je robił) rozłożyłam jogurt z miodem i miejscową marmoladą, niektórzy, z większym zapotrzebowaniem na kalorie, wzięli sobie dokładkę ryżu, polewając go jogurtem na słodko, z cynamonem. Po wszystkim usłyszałam jakieś echa zadowolenia, co mnie spokojnego i radosnego człowieka lekko jednak ukłuło, bo i ja lubię pochwały, jak każdy. (Tym bardziej, że nie szczędziłam słów zachwytu nad śniadaniem, zrobionym przez poprzednich dyżurnych, które przecież było nijakie, pośpiesznie zrobione i bez pomysłu.) A tutaj na dodatek dostało mi się od Nusza, że za wolno zmywam i w ogóle tracę zbyt wiele wody, a poza tym chyba zaczął się wiaterek i trzeba pomagać, jak to w zespole żeglarskim – jeden drugiemu.
Wkurzyłam się okrutnie, ale połknęłam złość ze śliną, nie chcąc robić afery z byle powodu. Odwrotnie niż Nusz, który jak się później okazało lubi nakręcać się złością tylko wtedy, gdy coś jest nie po jego myśli. Nusz ma swoje zdanie i jest ono niepodważalne, wszyscy muszą się z nim zgadzać, nawet gdyby on nie miał racji. Takie kapitańskie tango nam zafundował przez cały rejs. Zresztą miał też klakierów w postaci Lwi i Ada, a zwłaszcza pani doktor, która jak to medyk stosowała się do określonych zasad, ściśle, jeśli nawet nie miały one uzasadnienia. Ad zaś musiał klakierować ze względu na zależność od Lwi, która pełniła rolę lidera w ich związku. Podobnie Iwa, wzmacniaczka Kaptaina, która w ten sposób dodawała mu odwagi, gdy w jego zachowaniu pojawiała się chwila zwątpienia. Bo umówmy się, nie był to człowiek ze stali, czyli bez uczuć, śmigały one pod tą kapitańską skorupą bez przerwy. A to spojrzał z tęsknotą w niebo, a to uśmiechnął się do niewidzialnej nimfy, a to oczka mu się zaszkliły na myśl… choć nie wiadomo jaką.
I w tym kapitańskim kombinezonie widziałam jak miota się mały chłopczyk, którego nikt nie słucha. Bo być może odebrał podobne wychowanie do Athe, zgodne z zasadą, że dzieci i ryby głosu nie mają. Dziewczynki nie płaczą (Athe w ten sposób próbowała kiedyś wyrażać złość. To od razu dostawała reprymendę, że jest złośnicą, a złościć się panience nie przystoi.), tym bardziej chłopcy (no właśnie nie wiadomo, jak to mogło być z chłopczykiem-kapitanem, możemy się tego tylko domyślać). Z kolei Iwa zawsze każdego przekrzykiwała, albo wręcz zagłuszała, kto wie, może odebrała podobne wychowanie, tyle, że w dorosłości postanowiła przesadnie zaznaczać swoją obecność, i czerpać z tego radość (w końcu!).
Kiedy Athe miała dość ludzi, wchodziła w swoją Przestrzeń, gdzie nie ma ludzkich wybryków, a raczej nikt ci nic nie jest w stanie zrobić, bo w Przestrzeni Owej brak myśli, króluje tam Jedno, można nazwać to Miłością. Właściwie częściej w niej przebywała niż w normalnym ludzkim świecie, w końcu była boginią.
Podobnie Zeo, a w zasadzie Jesz, który przesadnie wszystko i wszystkich tłumaczył, bez słów sprzeciwu wykonując każde, nawet najgłupsze zadanie, wygłoszone z ust szefa, i nie tylko. Nic dziwnego, szedł drogą Chrystusa (dla Athe to była przeszłość)(A w zasadzie przyszłość, bo przecież chrześcijaństwo narodziło się dużo później.)(Z drugiej strony, wiadomo, że przecież nie ma czasu, a ona – jak nikt inny – to wiedziała. Przynajmniej w tym składzie.)
A teraz można było zaobserwować niewielkie falki, które pluskały o łajbę, raz były koloru szmaragdowego, to znów przechodziły w ciemniejszy chabrowy, wszystko w zależności od słońca i chmur, które nie wiadomo skąd nadeszły. Kapitan nagle rzekł: chłopcy, do mnie, będziemy zakładali grota, poradzicie sobie?, zapytał niby na poważnie, przecież wiedział, że dadzą radę, mało tego, był o tym przekonany. Na jachcie doszło do poruszenia, nawet Iwa przestała opowiadać historie swoich prac, tak ją postawił na nogi Kaptaina głos, dotąd bowiem cichutko sobie siedział i jednym uchem słuchał jej wywodów. Zeus wykaraskał się ze swojej komórki, chociaż trudno powiedzieć, aby można było nazwać w sumie największą kajutę, jaką dostał, bo z podwójnym piętrowym łożem. Dawaj, Zeo, do roboty, no przestań ziewać, obsztorcował go Nusz, który przeważnie tak robił, uznając widocznie, że inaczej ten spokojny mężczyzna nie miałby motywacji do działania, a przecież to był błąd.
Nasz statek nabrał rozpędu, żagle załopotały na wietrze, zrobiło się rześko, upał prysł. Atena także przyjęła wojowniczą postawę, Artu poszedł na dziób. Inga zaczęła nerwowo obgryzać paznokcie, nie wiedząc co robić, Lwia z Adem chwycili za cumy. Przecież wiadomo, że te sznurki mają inną nazwę, ale Athe za długo była na słońcu i zapomniała jak naprawdę się je określa.
Kea. A właściwie Keos, po starogrecku, przywitał ich z oddali niczym jakiś kolejny bóg. Przynajmniej tak im się wydawało.
Atena pomimo tuniki, jaką miała na sobie, była długa do pięt, dzięki czemu mogła teoretycznie lepiej chronić się przed słońcem i upałem, przybyła do portu cała mokra. Dodatkowo zgrzała się w mesie, gdzie kapitan oszczędzał na klimatyzacji, a przecież obiad przygotowała dość solidny.
Kolacja, gdzie kolacja, podniósł głos boss, gdy prawie już dobijali do brzegu. W taki upał, kolacja, myślała, że wypiją po kefirze i czym prędzej zejdą na ląd, by się wykąpać. Ale ponieważ była to szybka dziewczyna, i przez swego ojca – Dzeusa, jednak nauczona porządku i dyscypliny, zorganizowała posiłek w tri miga. Tylko Zeo, a właściwie Jeszu, niepotrzebnie wkroczył, proponując załodze naleśniki. Naleśniki?, czyś ty oszalał Ze, krzyknęła zwykle spokojna Athe. Jednak za późno, bo wszyscy podchwycili temat i zaraz musiała ponownie znaleźć się w dusznej mesie. Miała ochotę powiedzieć towarzystwu, że odpada, niech ktoś inny smaży placki w taki żar, miała ochotę krzyknąć do Jeszu, by sam zjadł tę żabę. Ale cóż, cóż by przez to osiągnęła? Że postawiłaby na swoim? A przecież zaczęłaby się awantura, a kapitana nikt przecież nigdy nie przekrzyczy, mało tego, on nie daje innym dojść do słowa. Lepiej nie mieć racji i mieć spokój, pomyślała. Jednak za godzinę już tego żałowała, bo zachęcony brakiem jej asertywności boss, nie pozwolił wyjść na brzeg bez zmycia naczyń. Coś ty, próbowała oponować, przecież za chwilę zapadnie zmierzch i nie będzie już po co iść na plażę. Mnie to nie interesuje, rzekł Nusz, zasady są takie, że wachta najpierw zmywa, a potem wychodzi. A przecież piliście wcześniej piwo, gdy przybyliśmy do portu, czy takie zasady też obowiązują – lecz tylko pomyślała, zdążyła pomyśleć, bo zaraz para dojrzalców, a za nią wszyscy inni poparli kapitana w jego wątpliwej racji. Jak wszyscy, to wszyscy, poprawiła doktor Lwia, tutaj nie ma wyjątków. A ty taka nie siaka, pomyślała ze złością Atenka, bo w tym momencie stała się dziewczynką, gdzie tam bóstwem, której zadaniem jest słuchanie starszych. Niestety Jeszu nawet nie pomyślał aby przeciwstawić się bzdurnej decyzji Nusza.
Już się nie spieszyła, umyła wszystko w zwolnionym tempie, w ten sposób czyniąc chociaż bierny opór. By. By złość nie utkwiła w ciele, powodując jego zamrożenie, czyli brak uczuć. A z tego wiadomo – niedaleko do Nizin, bóstwa też bowiem mają swoje.
Jak dziś pisze o tym, to czuje, że zrobiła błąd, wielki błąd, bo tylko cham chama zrozumie. Dobrze, że wyciągnęła jakieś wnioski i gdy sytuacja powtórzyła się w nieco innej wersji, huknęła na swego ciemiężyciela, gdy tylko próbował ją zaczepić. Efekt? Szok, a potem zrozumiał o co chodzi.
Miała za sobą już dwie nieprzespane noce, więc postanowiła położyć się dość wcześnie, po niewielkim spacerze wzdłuż brzegu. Rajze fiber, tak to się nazywa przed wyjazdem i wtedy nie zmrużyła oka. A potem, już w marinie ateńskiej zmuszona była słuchać chrapania koleżanki, z którą znalazła się w koi. Mała kajutka, którą odkryła na dziobie jeszcze ją do siebie nie przekonała, była ciasna, duszna i schodziło się do niej bardzo stromo, po drabinie. Byle nieuwaga groziła wypadkiem, a biorąc pod uwagę długi strój i tarczę, którą Athe zawsze miała przy sobie, by nie dopuszczać złych duchów, a także gdy stawała się Atenką – móc się łatwiej obronić przed napastnikiem, nocleg w tej norce rodził wiele obaw. Postanowiła spróbować na pokładzie, na jednej z ław się położyć, biorąc pod uwagę także fakt, że znalazła u Jeszu jakieś dodatkowe materace.
Noc była piękna, gwiaździsta, rozświetlona przez nisko zaczepiony na niebie księżyc, a naprzeciw muzyka. O, nie, nie zachęcała ona do snu. Raczej do poddania się marzeniom, romantycznym rozmyślaniom itp. I w ten sposób upłynęła jej noc trzecia, na czuwaniu.
Nazajutrz obudziła się rozbita, z bólem głowy i niechęcią do życia. A budzący ją Jeszu, który specjalnie zajrzał do kabiny, tylko ją rozzłościł. Nigdzie nie idę, nigdzie nie idę, słyszysz, Jeszu…Ale za chwilę wstała, ubrała kostium i wyszła na brzeg.
Ale cudnie, powitała Kaptaina, gdy ten szwendał się po pokładzie, bo zawsze wcześniej wstawał. To taka kacszwendziawka, określiła to potem Iwa, która z kolei na kacu dłużej spała, a potem więcej piła i jadła.
A gdzie śniadanie, zaraz odpływamy. Robi się, tak, kapitanie, przyłączył się Jeszu. (I gdzie ty się tak spieszysz, człeku, który płyniesz bez celu i pośpiechu, pytała go w myślach.) (Ale on jej w myślach nie odpowiadał.)
Dobry nastrój po pływaniu i spacerze przełożył się na niechęć do kłótni i dyskusji. Niech mu będzie, przynajmniej na tej łódce porządzi, a ja daję się ponieść sytuacjom, nie protestuję, kontynuowała swoją filozofię. Za dużo muszę działać w normalnym życiu i decydować, teraz niechaj inni robią to za mnie. Tak też jest przyjemnie. Jednak do śniadania już się nie przykładała, scedowała je na Jeszu, który poddał się bez walki.
Czy mam się teraz zachwycać plażą w Vourkari skoro widziałam piękniejsze, tylko morze było cudowne i orzeźwiające. Zresztą wpadniemy tu w powrotnej drodze, to można będzie się bardziej przyjrzeć, by ocenić jak jest. Teraz tylko sobie ulżyła, zakopując później jak kotek swoje odpady.
W końcu bóstwa też mają układy trawienne, takie same jak ludzie. A ten zatkał się jej na łajbie, może w ten sposób ciało przyzwyczajało się do zmiany klimatu.
***
Płynęli znowu w nieokreślonym kierunku, nawet nie chciało jej się wyjąć mapy, by sprawdzić jakie są możliwości, a Kaptain, jak zwykle, milczał. A nawet denerwował się, gdy ktoś go zapytał, jaki jest kurs. Ten pyknikowaty były harcerz potrzebował spokoju, poza kontrolą, tak – niebiańskiego spokoju, którego nie zakłócał mu nikt i nic. Najprawdopodobniej wchodził wówczas w trans, podobny do tego, w jakim znajdowała się Athe, tyle, że nie miał tej świadomości. Bo. Bo był zwykłym człowiekiem. Fajnym, miłym, pomocnym, dobrodusznym, tego typu cechy też miał. Wszyscy mamy wszystko – jesteśmy introwertykami oraz ekstrawertykami, potrafimy być dobrzy i źli, pomocni i egoistyczni, osobowość człowieka składa się z samych przeciwieństw, tyle, że jedne są bardziej wyraziste, inne – przytłumione, wręcz ukryte daleko, czy też głęboko w podświadomości. I wszystkie te zachowania, które nas u siebie szokują, pochodzą właśnie z niej, ale są – nasze, jak najbardziej. Widoczna osobowość człowieka składa się z cech i zachowań, których jesteśmy świadomi, i tyle. Może to nic nowego, ale piszę to dlatego, by sobie pewne rzeczy przypomnieć i uporządkować.
Chociaż tak naprawdę znudziło mi się to pisanie, jak czytelnikowi wchłanianie tych dyrdymałów.
Dobra, spróbujmy ożywić akcję, jeśli w ogóle można o niej mówić, bo przecież to nie kryminał. Ożywiałam także i ja swój umysł, gdy było mi za sennie. A na horyzoncie widniało tylko morze i morze, a Iw gadała i gadała, już sama nie wiedziała o czym. Myśmy jej słuchali i słuchali jak muzyki, albo radia. Szczególnie Nusz, który co i raz przysypiał.
Jakże inaczej wyglądał mój poprzedni rejs na te że Cyklady. Po pierwsze, źle się czułam, początkowo, po drugie był inny zestaw ludzi, to i podróż przebiegała inaczej. Chodziłam więcej na wycieczki, bo nie było tak gorąco, teraz nie byłam tak ciekawa i głównie przebywałam na łódce lub w wodzie, zresztą mijane miejscowości jakoś mnie do tych wypadów nie nastrajały. Wyobrażam sobie, co myśleli o nas państwo doktorostwo, że leniwce jesteśmy, tak jak my wtedy o innych – bardziej biesiadujących. No więc Hydra, przypominam sobie te czerwone dachówki, które nas przywitały. A także osły, objuczone towarem, szkoda było mi tych zwierząt, co tak są wykorzystywane przez ludzi. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że na Hydrze miał swój dom Cohen, by tam tworzyć. Wcale się nie dziwię – bezkresna, prawie, biel, która jednoczyła te kręte uliczki mogła wprowadzać człowieka w stan zwany medytacją czy też gotowością do tworzenia, połączenia się ze wszystkim, miłością, kto co chce. Koty leniwie śpiące gdzie popadnie, ale chwileczkę, nie do końca – często wylegujące się na wycieraczkach, murkach, zaułkach, nawet drzewach, tak – widziałam je.
Druga strona medalu
A gdybyśmy na wszystko spojrzeli inaczej, przecież wystarczy tylko zmienić punkt widzenia. Proszę bardzo…
CD. jest już za drobną opłatą.