Tym razem nie opiszę dokładnie rejsu, ponieważ nie jest on tego wart. Po prostu dałam ciała, decydując się nań.
Nieważne czemu tak zrobiłam, naprawdę mało ważne. Fakt jest faktem, że pojechałam. I korzyść z tego jest taka: iż mam potwierdzenie tego jak działają kliki.
Bo są one wszędzie, nie tylko w polityce, nie tylko w biznesie, szkole, pracy czy kościele, ale także na morzu, a konkretnie na łajbach, które przynajmniej teoretycznie powinny być od nich wolne.
Klika niewiele różni się od bandy, a także niegroźnej grupy społecznej, jedynym jej wyróżnikiem jest, że powstaje z garstki obcych sobie ludzi, których zaczyna coś ze sobą łączyć, do tego stopnia, że gotowi są innych spoza niej tępić i maltretować, m.in. po to, by utrzymać swoje status quo. I tak, jak inni ma swego lidera, wokół którego gromadzą się jej członkowie, którzy pod przymusem, lub dobrowolnie, oddają się w jego ręce. Z czasem jednak klika działa jak jeden mąż, mówiąc jednym głosem, tylko czasami powołując się na autorytet jej twórcy.
***
Klika, jaka zawiązała się na naszym jachcie Kon Tika na początku września tego roku składała się z następujących osób: kapitana Szunaja, na co dzień mechanika zajmującego się naprawianiem lodówek, który w ten sposób dorabiał sobie do emerytury, jego zastępcy Fotynka – niegdyś wilka morskiego, dziś emeryta i smutnego rozwodnika, który odzyskiwał nastrój po intensywnym kontakcie z gorzałą tudzież siwiejącą blondi, której na łodzi objaśniał do czego służy bom i szot, tejże blondyny zwanej Kobyłką, jednak o bardzo wąskich biodrach, która dopiero co wyzwoliła się spod kieratu domowego, rzucając się na każdą aktywność (tu kompulsywnie uczyła się zawiązywać węzły), małżeństwa Wednarów – ona lekarka (Anja) o artystycznej duszy, on artysta (Anaj) ceniący ekonomię i konkrety, którzy zajmowali się na łódce sprawami K-O, Anja dodatkowo trzymała kasę i stąd kapitan mianował ją swoim drugim zastępcą, dalej to byli już sami majtkowie: dwóch samotnych mężczyzn nigdy, i nigdzie, nie pracujących, nie była to jednak para gejów – Anilan po śmierci żony, hiszpański Tagmar w poszukiwaniu kolejnej bogaczki, która by go utrzymywała, a także sterniczki Madaji, inżyniera-budowlańca, lubiącej bycie użyteczną i – co tu dużo mówić – kochającej wszelkie maszyny oraz sprzęt techniczny, włącznie z elektroniką. (Tym razem M. wybrała się na rejs bez męża, dzięki czemu mogła w pełni oddać się swemu niewątpliwie interesującemu hobby.)
Obiektem ataków, w tym szyderstwa, przytyków oraz wszelkiego rodzaju złośliwości, agresji – czynnej i biernej, a także (nazwijmy to po imieniu) zwykłego chamstwa (włącznie z próbami ograniczania wolności) była para znajomych, Meo i Pea, którzy na czas relaksu porzucili swoje światy i połowy, by oddać się przyjemności żeglowania, a także innym radosnym aktywnościom (choć nie był to akurat seks.). To oni właśnie znaleźli się poza kliką i byli jej punktem odniesienia.
Pierwszym węzłem wiążącym Cyk-klikę z greckiej Kon Tiki było bezwzględne posłuszeństwo i wręcz oddanie kapitanowi Sz., co wynikało w dużej mierze z lęku przed pływaniem po morzu, a także w nim.
Drugim – stała się nie woda morska, lecz woda ognista, pod wpływem której klikarze bardziej się jednoczyli, łączyli, wchodząc nawet w stany zażyłości, a przy okazji ujawniając swe ukryte na co dzień strony osobowości (zwane przez Junga Cieniem) (przez co zaskakiwali innych, a także samych siebie). Tak naprawdę drugi węzeł był grubszy i ważniejszy, mimo że nie miał nic wspólnego z żeglarstwem, ani z węzłem pierwszym.
SZTUKA W PIĘCIU AKTACH o pływaniu w wodzie i wódzie na wodach Morza Egejskiego
Akt I – Rozgrzewka
W Marinie Kalamaki na dobry początek zakupiono po trzy skrzynki wina oraz wódki i pięć zgrzewek piwa, ale tylko greckiego. W ten sposób ograniczono miejsce na soki, wodę mineralną, masło i chleb, uznając, że nie są to artykuły (spożywcze) pierwszej potrzeby. – Zawsze można będzie skoczyć do jakiegoś marketu na najbliższej z wysp – mruknął pod nosem Sz., gdy ktoś nieśmiało spytał o jutrzejsze śniadanie.
Oj zabrakło już dnia następnego wody, nie wódy, o co miał pretensje Szunaj do Mea, który jak zwykle był podręcznym winnym (kapitana). (Panowie znali się nie z jednej podróży po morzach i oceanach.)
– No gdzie jest woda, Meo, gdzie!!!? – rozsierdził się od rana skacowany boss, rzucając błyskawice złości w kierunku kozła ofiarnego.
– Już jest, już jest… tzn. zaraz będzie – zająknął się M.
(Meo na co dzień mówił normalnie, ale jak się tylko zdenerwował, to zaczynał źle składać zdania i wyrazy.)
– To znaczy kiedy będzie, skoro już wypływamy z portu ??!! – tym razem Sz. ryknął dużo głośniej … aż Meo podskoczył , a potem zaczął jąkać się na dobre, nie mogąc dokończyć myśli.
– A kto był w sklepie (spożywczym) wczoraj, przecież nie my…?! – zwróciła (słusznie) uwagę Pea.
– Cicho, nie wtrącać się, kapitan ma rację – zarżała, ale tym razem nie radośnie Kobyłka.
– Tak, tak, ma rację. A poza tym Meo choć nie pił wódy, ale za to nie kupił wody, a fe – dodał jej kochaś, jeszcze ściszonym tonem.
– Pewnie, pewnie – poparła ich sterniczka. – A kto nie pije, to kabluje, wiadomo, no nie? – spojrzała wzrokiem bazyliszka na Peę.
Reszta załogi ciągle jeszcze spała, toteż więcej głosów w tej sprawie nie odnotowano.
I chociaż dzień ledwo świtał, Meo założył okulary i chyżo śmignął w stronę Aten, bo marina Kalamaki właśnie tam się znajdowała, po to, by spełnić życzenie kapitana (a także jego wynurzających się popleczników).
Akt II – Pierwsza Wyspa
– Jesteśmy, jesteśmy, nareszcie dotarliśmy. Ale fajnie. Czy możemy się wykąpać, tam widzę już plażę! – krzyknęła radośnie Pea, gdy tylko opuszczono trap.
– Nie teraz, nie teraz, najpierw piwka się napijemy – roześmiał się kapitan.
– Ale my z Meo nie pijemy, wolimy w tym czasie pójść popływać – w wodzie, a nie w wódzie – Pea nie dawała za wygraną. Bo w istocie rzeczy była to odważna kobieta.
– Poczekaj Peo, poczekaj, niechże kapitan się napije, bo jest spragniony i zły – szepnął jej do ucha Meo. A my tymczasem przyniesiemy mu jeszcze więcej wódy. – Jak się ubzdryngoli, będzie dobroduszny i wtedy pozwoli nam wyjść na plażę, na naszą wspaniałą plażę. Co?
– Czyś ty zwariował, będę pijakom latała po wódę??!! – wypaliła na głos Pea. Bo nie wytrzymała napięcia.
– P i j a k o m ? ? ! ! – zbulwersował się kapitan. – A gdzie oni są?!!
Następnie poskrobał się po swej kapitańskiej bródce, podciągnął spodnie i rzekł: – To nigdzie nie pójdziecie, ani do wody, ani po wódę.
Po czym jeszcze raz łypnął groźnie na odszczepieńców, i nic nie powiedział więcej, choć wydawało się, że chce.
A następnie powoli obrócił się twarzą do reszty… i oznajmił: – Dajcie to piwo. Najpierw się napijemy tego, co jest, a potem naradzimy gdzie i kiedy kupić więcej.
– Tak, hurra, brawo kapitan, brawo! – odezwała się Anja.
– Pewnie, że tak! Oj, tak, oklaski dla kapitana – poparł ją Anaj.
– A wy, antyspołecznicy, do kuchni – spojrzała groźnie Kobyłka. – Po zagrychę, do kuchni marsz.
– Zdrowie naszego kapitana! – jego zastępca Fotynek polał po pół szklanicy piwa z wódą każdemu z nich.
Minęło pół dnia (zanim wszyscy dobrze się napili), kapitan przydzielił wachtę kucharską Meo i Pei, i w ten sposób nie poznali oni Pierwszej Wyspy. Podobno była to P…, ale już nieważne.
Akt III – Mayday
Kiedy Meo i Pea przekazali wachtę Anilanowi z Tagmarem, a następnie tamci zrobili kolację, Szunaj zarządził przymusowy postój na kotwicy oraz bardzo ważne spotkanie.
– Żeglarze – odezwał się z nabożeństwem, jak tylko się zakotwiczyli . – Moi drodzy…Przyjaciele.
– Tak jest, kapitanie, tak jest … – odezwał się chór załogi statku Kon Tiki. Po czym wszyscy usiedli w mesie, przy stole.
– Otóż… Chciałbym was poinformować, drodzy moi, iż siła wiatru się zwiększa i w związku z tym musimy podjąć pewne decyzje – czy ruszamy do następnej wyspy, czy też uciekamy na pełne morze – kapitan był po raz pierwszy zatroskany.
I w tym momencie Anilan z Tagmarem włożyli kamizelki ratunkowe. (Wcześniej jako pierwsi się przyznali, że nie potrafią pływać.)
– A nie możemy wrócić do Drugiej Wyspy?, jest niedaleko – próbowała znaleźć rozwiązanie Pea.
– Ale po co, ale po co – kręcił głową Szunaj. – Najlepiej gdybyśmy nigdzie nie popłynęli…
– Kapitanie, kapitanie, za godzinę będziemy tutaj mieli 10 w skali Beauforta – odezwała się zwykle milcząca Madaja.
– Co za bzdura, co za bzdura – żachnął się zastępca Szunaja. – Ja mam zupełnie inne dane, nie 10 tylko 11.
I w tym momencie kapitan się odwrócił i poszedł do swojej kajuty. Nie było go z pół godziny. Po czym wyszedł i mówi:
– Pijemy dalej…
– A jak się sytuacja zmieni, to co? To co? – znajoma Mea była lekko przerażona.
– To nic, to nic – uśmiechnął się Sz., wypijając z gwinta pół butelki greckiego wina.
– To ja bym chciała wiedzieć, co robić na wypadek… Na wypadek… Gdyby komuś się coś stało.
– Nic się nikomu nie będzie, pijemy równo – zarechotał szef.
– Proszę natychmiast pokazać mi, gdzie się naciska alarm! Gdzie woła: „Mayday, mayday”– nie odpuszczała Pea.
– A po co ci, nie powiem, nie powiem – dworował sobie z Pey boss.
– On ci nie powie, daj spokój, daj spokój i już nie zadręczaj więcej kapitana – Fotynek włączył się do rozmowy.
– Ale ja ci nie wierzę i domagam się, byś mi pokazał jak się ratować, gdy tobie się coś stanie!
– Dobre sobie, dobre sobie. Kobieto! – odpowiedział Sz.
– N a l e g a m ! ! ! ! ! !
– A odczep ty się głupia babo od kapitana! – ryknęli teraz ci co byli już w kamizelkach.
Po czym wyciągnięto przeróżne zakąski, i pito do rana.
Żadna z informacji na temat pogody się nie sprawdziła. Przestało w ogóle wiać, trzeba było włączyć motor.
– Nie mogłem słowa z siebie wydusić tak się wczoraj narąbałem – zaśmiał się na dzień dobry chief.
– Chachachachachachacha – odezwało się małżeństwo Wednarów.
– Hehehehehehehe – zawtórowała im Kobyłka z kochasiem.
– A myśmy znaleźli jeszcze skrzyneczkę białego winka – Anilan z Tagmarem mieli kolejny powód do radości.
– Kochani. – Ruszamy. – A na Ermioni już napijemy się na lądzie, tam też zjemy kolacyjkę – zapowiedział Sz.
**
Ale przypłynęli dużo wcześniej. Jeszcze przed obiadem.
– Chcielibyśmy się wykąpać – tym razem Meo się odważył powiedzieć kapitanowi o swojej potrzebie.
– Na kąpiele przyjdzie czas, przyjdzie czas, najpierw trzeba zjeść obiadek , wasi koledzy pół dnia go szykowali… – wtrącił się zastępca Fotynek, który nawet bez alkoholu był już dość śmiały.
Biesiada zakończyła się pod wieczór. Wtedy kapitan nakazał zrzucić trap. A następnie wskazując na Mea i Peę rzekł: – A wy co?, dlaczego jeszcze nie jesteście w wodzie?
(Bo po ciemku nie pływamy – szepnął cichutko Meo. Tak, aby go nikt nie słyszał.)
Akt IV – Wspinaczka
Hydra przywitała ich dziesiątkami niebieskich okiennic (a może setkami, kto to wie), które wesoło mrugały w ich kierunku.
Meo i Pea weszli na najwyższy szczyt tej wyspy, bo w pobliżu nie było plaży i nie było jak się wykąpać.
– Ale jesteście aspołeczni, oj, tak – powitał ich na łajbie Artysta (który, przypomnijmy, lubił konkrety).
Po czym wziął do ręki gitarę i zaczął śpiewać wiersze Różewicza (oraz swoje i żony).
Akt V – Aneks
A jednak się cieszę, że ta podróż się odbyła i wzięłam w niej udział. Albowiem jeśli nawet nie nauczyłam się czegoś nowego, to moje obserwacje na temat kondycji ludzkiej się potwierdziły. A także na temat siebie samej.
Ludzie, wiadomo, są jak barany, byle przywódca jest im w stanie zamieszać w głowie. Jest też coś takiego jak energia grupy, która ją spaja i zasila.
Ja, człowiek wolny, do żadnej bandy się nie nadaję. I dalej nie chcę… – Chyba że stworzę …swoją(?):)
Najpiękniej nam było na Ermioni, kameralnej wysepce, gdzie, jak powiedziałam do M. mogłabym mieć mały apartment, do którego uciekałabym w listopadowe dni. Tak, bo być może jestem już w takim wieku, że chciałabym odpocząć w sposób spokojniejszy, tj. spędzać czas na pływaniu wśród malowniczych skałek, których tutaj pełno, na dzikich plażach, w które ta wysepka obfituje, z dala od zgiełku (napisałby grafoman, a ja to za nim powtórzę). Bujałabym się też na pięknej drewnianej huśtawce, którą ktoś zainstalował na jednym z klifów, patrząc w morze i myśląc o … o tym, że szczęśliwsza już chyba być nie mogę. A potem poszlibyśmy do jednego z pobliskich barów na zwykłą smażoną rybę, do której być może zamówilibyśmy po piwie. Ale nie więcej, bo więcej – to… po co, bo przecież tak jest pięknie. Na tym świecie. Nie tylko na Ermioni…
Mogłabym nawet w tym miejscu otworzyć kawiarnię, gdzie przyjmowałabym żeglarzy z całego świata, tych prawdziwych, a nie pasażerów jachtów, i może częstowałabym ich migdałowym ciastem. Niektórzy pewnie by zostali, dołączając do nas, życiowych rozbitków, którym z różnych powodów nie wyszło, albo też im się tak wydaje.
Po pistacje moglibyśmy popłynąć na Aeginę, gdzie są najpiękniejsze kremy, pasty, a nawet olejki, nie mówiąc o lodach na bazie masy orzechowej. Dziwię się, że nikt nie otworzył jeszcze spa pistacjowego, w oparciu o te różne cudowności. Razem z Meo próbowaliśmy urządzić je na plaży przy pomocy zakupionych wcześniej produktów, ale nie bardzo nam to wyszło, bo czas postoju na tej wyspie był wyjątkowo krótki.
Chyba nie zaglądalibyśmy już więcej na Hydrę, moim zdaniem zbyt przereklamowaną. Już nie chodzi o zwierzęta, które wykorzystywane zamiast samochodów, czy rowerów, są po prostu smutne, bo zmęczone, ale o ten tłok wszędzie, pośpiech, od którego przecież uciekaliśmy z Warszawy.
(A jednak udało nam się uciec także od portowej wrzawy, udając się na pobliskie wzgórze, na, górkę – prawie o wysokości Gubałówki, którą forsowaliśmy w tym upale.)(Widok niezapomniany, choć dość powtarzalny, jeśli chodzi o Cyklady. – Tu jednak zobaczyłam, że konikami ktoś się opiekuje – mają podaną strawę, mogą odpocząć w cieniu skarłowaciałych drzew, eh, dobre i to.)
(A już na samym końcu, co było celem tej podróży, monastyr mały żeśmy ujrzeli. Meo szczęśliwy, bo chodzi tam do Boga, ja bardziej chłodu spragniona byłam. Kazano mi ubrać się w długą sukienną spódnicę i piękną tekstylną chustę, dobrze mi w tym było, szkoda, że nie mogłam sobie tego stroju kupić. Chodziłabym w nim po mieście w ciepłe jesienne dni, albo nawet chłodniejsze.)




Tekst został napisany w oparciu o wydarzenia prawdziwe. Ale jak wiadomo, każdy ma swoją prawdę. – Jeśli ktoś z uczestników tamtego rejsu miałby ochotę napisać inną jego wersję, proszę o kontakt. – Moglibyśmy ją umieścić na tej stronie. Amen.