Moim drugim mistrzem tai chi był Chińczyk Antoine Ly Li Chanzheng Laoshi, który niedawno odszedł, a którego osobiście nie znałam, ale jego nauki przekazywał, i robi to nadal, Jan Gliński. Mogę mieć jedynie satysfakcję, że gdy Janek był u swego nauczyciela pod Paryżem, by zaprosić go do Polski, prosiłam telefonicznie, aby przekazał mu pozdrowienia oraz, że zobaczy u nas w Łazienkach, jak przyjedzie, niesamowite rude stworzonka, które jedzą orzechy z ręki. Nie wiedziałam wtedy, że Antoine Ly już dawno nie mieszka na Tajwanie, a tam takich wiewiórek nie ma, gdzie w 1972 roku zaczynał uczyć się taiji, stając się później nauczycielem siódmej generacji mistrzów Starego Stylu Yang.
Nie zdawałam sobie także sprawy z tego, że Kasia i Jan uczą mnie tak naprawdę tego samego stylu tylko w innym wydaniu, forma Kas była znacznie krótsza, a ruchy w nich bardziej zaokrąglone (stąd to robienie piłeczek ciągle). Może dlatego, mimo wielu nieobecności na zajęciach, prawie że opanowałam formę lansowaną przez Antoine Ly, bo miałam do czynienia w ogóle z tai chi wcześniej. (Choć sekwencje ruchów są tylko podobne, forma Lichuan Zheng jest dużo bardziej rozbudowana. A także filozofia ćwiczeń nieco inna, tutaj mówi się głównie o przepływie energii, a Kas Wu chodziło o połączenie ciała z umysłem, koncentracji na każdym ruchu.)
Nie moim jednak zadaniem jest porównywać oba style w tym samym nurcie, tak że pozwolą Państwo, że na tym zakończę swój wywód.
A o więcej informacji na ten temat poproszę mojego nauczyciela Jana Glińskiego, z wykształcenia fizyka z doktoratem, pracującym przez 40 lat w międzynarodowym biznesie high-tech, z którym zrobię wywiad. Obiecał mi go jak tylko znajdzie więcej czasu, bo jak na razie jest rozrywany – raz jedzie do Muzeum Azji i Pacyfiku, to znowu do Muzeum Narodowego, następnie kina Kadr, a na końcu jeszcze do Studia Dantian, które prowadzi w ramach fundacji.