Jesteś dziewczyną słońca

Nastawiłam dziś Twoją płytę, Anno. Płytę pt. „Dziewczyna słońca”. I od razu świat się zarumienił. – Odeszły smutki, melancholia, przyszła radość życia. /Tak, czasami, jeśli powodów brak, to należy ją przywołać./

Jesteś dziewczyną słońca

Rozmowa z Anną Rusowicz, piosenkarką, córką Ady

– Mam przyjemność z panią Anną Rusowicz?

– Niewątpliwą (śmiech)… Jak rozmawiać, to z przyjemnością.

– A o czym lubi pani najbardziej?

– O życiu.

– Jak się pani dziś czuje?

– Lepiej niż wczoraj. Jestem meteopatką i zmiany pogody mają na mnie wpływ. Bolą mnie kości, a najbardziej kręgosłup.

– Co na to pomaga…?

– W moim przypadku jest to nadmiar obowiązków, który nie pozwala myśleć o tym.

– Podziwiam, trudno jest pogodzić macierzyństwo z występami na scenie, a przecież ostatnio bardzo dużo pani śpiewa.

– Nie mam wyboru, muszę pracować, ale … i chcę, bo mam to szczęście, że robię to, co kocham.

– Widziałam panią na Festiwal Blues w Suwałkach, gdzie występowała pani z zespołem „Voo Voo” i świetnie rezonowała z Janem Pospieszalskim, który także grał na trąbce.

– O!… Bo my się bardzo lubimy prywatnie, a to się przekłada na to, co dzieje się na scenie. A poza tym ja kocham bluesa i fajnie się spotkać z osobą, która podobnie czuje, cudownie wymienić tą energią.

– To na pewno. Zresztą było widać, patrzyłam i słuchałam oczarowana.

– Wie pani, scena jest bezlitosna i szybko ujawnia, czy ktoś się lubi czy nie.

– A ja myślałam, że śpiewanie łączy.

– Znam ludzi, którzy grają ze sobą, mimo, że się nie lubią, ale to jednak robią, bo ich celem jest zarabianie pieniędzy.

– Pewnie to widać na scenie, czuć, coś nie gra.

– Tak, bo scena jest miejscem transparentnym.  Czasami telewizja ma taki pomysł, żeby kogoś połączyć ze sobą, a potem się okazuje, że ten duet nie był dobry.

– Prawda. Rozumiem, że pani nie godzi się na takie występy.

– Raczej nie. Bo to nie ma sensu. Jak się z kimś nie znam i nie rozumiem muzycznie, to wychodzi potem krzywo.

– To ciekawe, co pani mówi, byłam przekonana, że można się połączyć głosem z drugą osobą, dopasować do niej… Ja słuchając pani, nie tyle łączę się z głosem pani mamy Ady Rusowicz, co z dźwiękami z mojego dzieciństwa, co jest bardzo słodkie i przyjemne.

– Bardzo panią rozumiem. Nie dalej jak wczoraj przyjechała do mnie przyjaciółka, która weszła do mojego domu, a dopiero co zrobiłam pranie i nim pachniało, stanęła i mówi: „O Jezu, dzieciństwo mi się przypomniało”. A więc jak ten zapach zapadł jej w pamięci. My w ogóle jesteśmy przykuci do tego, co w naszym dzieciństwie się działo, jakiej muzyki się słuchało.

– A jakiej słuchało się w pani domu?

– Miałam dwa domy. W jednym, to były lata 80., słuchało się zespołu „Queen”, Billy Idol’a, Kail Mimogue. Rodzice lubili  bardzo Roy’a Orbisona i pamiętam, jak kiedyś analizowali jego koncert. W drugim domu oglądaliśmy „Wideotekę dorosłego człowieka” oraz klipy z piosenkami Szczepanika.

Mój brat najchętniej słuchał  „Metaliki” i „Iron Maiden” i miał ich plakaty, a które mnie wtedy przerażały…  Z kolei mój kuzyn słuchał Doorsów oraz Breakoutów.

– A pani?

– Jako dziewczynka lubiłam słuchać Whitney Huston i Mariah Carey, zresztą wszystkie moje koleżanki chciały tak śpiewać i wyglądać. (śmiech)

– Teraz śpiewa pani piosenki big-beatowe, bluesowe, rockowe… A nie myślała pani o czymś bardziej klasycznym, wystąpić na przykład w operze, jako solistka?

– W średniej szkole muzycznej byłam dwa lata na śpiewie klasycznym i moja pani profesor namawiała mnie, abym to kontynuowała. Ale ja chciałam iść swoją drogą, bez wpasowywania mnie w jakieś ramy. Taki jest bowiem śpiew klasyczny, gdzie nie ma miejsca na swobodę. A ja łamię zasady! (śmiech)

– Wygląda mi pani na taką! (śmiech)

– Bo we mnie płynie krew rockendrollowców!… A to jest taka ekspresja genów, że nie da się jej powstrzymać (śmiech)… Nie mówiąc już o tym, że mam ADHD. (śmiech)

– Chyba mam podobnie… Słuchając pani, zaczynam porównywać ją do mamy… Ale uważam, że ma pani lepszy głos od niej.

– Ojej…

– Nie jestem może specjalistką, ale też chodziłam do szkoły muzycznej i mam tzw. słuch absolutny… Ale to już nieważne, przestałam grać na pianinie, może to zaniedbałam…

– Ale ta baza…

– …tak – została.  I miłość do tańca, śpiewu; ostatnio zaś uczę się grać na gitarze.

– Ja dzięki szkole muzycznej wiem jak korzystać z głosu. Edukacja dała mi podstawy, właśnie bazę, jednocześnie nie psując mojej koncepcji śpiewania. Pewnie, że mogłam dalej się kształcić. Miałam nawet pomysł, by pójść do Katowic na wydział jazzowy, ale tego nie zrobiłam, bo…

– …obawiała się pani, że jej głos będzie poprowadzony w określonym kierunku i w jakiś sposób wypaczony, ograniczony, prawda?

– Tak. Wzięłam ze szkoły wszystko to, co najwartościowsze. Natomiast dalej już poszłam swoją drogą.

– Rozumiem.

– A w związku z tym, że nie ma szkoły big-beatu i rock and roll’ a, musiałam sama tę wiedzę zdobyć. W ogóle nie ma takiej szkoły, która uczyłaby śpiewania rozrywkowego, a to jest też wielka umiejętność.

– No pewnie!… A niech mi pani powie za co kocha big-beat, bo to są czasy dość odległe…

– Kocham go za to, że jest… po pierwsze, moją spuścizną po rodzicach. Oni byli pionierami w tym, oni wzięli tę „maczetę” do ręki i poszli do „dżungli”, by wycinać ścieżkę – po to, by inni mogli jeździć już autostradą…

– Ładnie powiedziane…

– To była pierwsza muzyka rozrywkowa w tym kraju… Oni z tą płytą „Naga” poszli dalej, robili progresywnego rocka i nie bali się tego.

– Tak.

– To jest więc moja spuścizna, moje korzenie muzyczne… I druga sprawa – cały czas odkrywam z tamtych czasów nowych gitarzystów i wokalistów big-beatowych z całego świata. Bo to był taki ruch muzyczny, który ogarnął różne zakątki Europy. Jak się posłucha zespołów z Czech czy Węgier, to się nagle okazuje, że mamy studnię bez dna… W latach 60. był wybuch właśnie takiej muzyki także w Japonii.

– A w Polsce, co pani ostatnio odkryła?

– Takie zespoły jak „Tajfuny” czy „Tarpany”. Andrzeja Zauchę z zespołem „Dżamble”. – A pamięta pani Michaja Burano – cygańskiego księcia big-beatu?

– Tak, słyszałam go w dzieciństwie…

– Jest całe mnóstwo wokalistów, którzy później byli znani, a okazywało się, że zaczynali jako muzycy big-beatowi.

– Podobno jest pani zaprzyjaźniona ze Skaldami, niestety jeden z nich, Jacek Zieliński, już nie żyje…

– Tak, bardzo się lubimy i cenimy, to moi wujkowie przekochani. Dopiero co dzwonił do mnie Andrzej Zieliński… Oni zawsze do mnie mówili, mówią: „Aniu, Anusia, ty taka nasza”. I mnie jest blisko do nich, a im jest blisko do mnie. Jestem też w stałym kontakcie z Andrzejem Dąbrowskim, którego uwielbiam. Zawsze, jak gdzieś jestem, to mówię: „Pamiętajcie o artystach, którzy tworzyli muzykę rozrywkową w tym kraju”.

Tak jak uczymy się o Mozarcie i Chopinie, tak samo wypada znać polskie legendy muzyki rozrywkowej – bo od nich się wszystko zaczęło. Dlaczego na świecie każda gospodyni domowa zna zespół „The Beatles”, a u nas ważni są tylko nowi wykonawcy, nowy narybek.

– Coś w tym jest.

– Na szczęście pojawił się parę lat temu trend, aby doceniać artystów z tamtych lat. Ale to za sprawą ich dzieci, którzy przypominają utwory rodziców, tak jak to ostatnio zrobiła Kasia Wodecka.

– Prawda.

– Pojawiają się też imprezy jak Top of the Top Sopot Festiwal, na które w tym roku zaproszono Andrzeja Rybińskiego czy Alicję Majewską. Warto naprawdę pamiętać o tych, co śpiewali przeboje, hity, a nie, że „jak jesteś stary, to do widzenia”.

– Może przemawia przeze mnie wiek, ale uważam, że współcześni wykonawcy muzyki rozrywkowej są bardzo nieciekawi. Przepraszam. Np. dzisiejsze piosenkarki śpiewają dla mnie tak samo, w ten sposób, że niejednokrotnie jest mi trudno odróżnić jedną od drugiej. (śmiech)

– Bo o to chodzi. (śmiech) Kiedyś była tendencja taka, aby piosenkarki śpiewały w sposób charakterystyczny. A teraz…

– Chyba artysta powinien być charakterystyczny, dlatego właśnie jest artystą…

– Tak. Jak się kiedyś, teraz też tak jest, słyszało od pierwszych nut Niemena, to było wiadomo, że to jest on.

– Nie do podrobienia.

– Tu chodzi o to, że się w dzisiejszych czasach zmieniło podejście do muzyki. Stała się ona sposobem na zarabianie pieniędzy,  niestety… Kiedyś muzykom nie chodziło tylko o kasę.. Może dlatego, że to były trudne czasy i ludzie lgnęli do kultury, mieli takie potrzeby duchowe… Ale mimo wszystko…

– Zgoda.

– Bo nie było żadnej rozrywki oprócz muzyki?

– No nie, był teatr i film na wysokim poziomie.

– Tak. Ale nie było np. gier komputerowych, dzisiaj mamy więcej możliwości i większą dostępność do różnych form rozrywki… Tylko, że dzisiaj kultura, muzyka jest produktem na sprzedaż.

– Jak wszystko.

– Muzyka także służy do sprzedaży gier komputerowych oraz innych towarów w sklepach, gdzie puszcza się ją w tle.

– Tak, to się dzieje w każdym supermarkecie.

– Wyciska się z muzyki sok, jak z cytryny, by sprzedawać np. alkohol, są festiwale, które przy jej pomocy sprzedają piwo (!).

– Wiem, tak było na koncercie grupy „Scorpions”, na który się wybrałam, gdzie nie wolno było mieć nic ze sobą, nawet butelki z wodą mineralną, a był upał niemiłosierny, natomiast w środku było już pełno piwa, które kupowało się pod Skorpionsów.

– Muzyka się tak skomercjalizowała, że teraz, jeśli ktoś robi karierę, np. taki Dawid Podsiadło, to zaraz pojawia się dziesięciu prawie identycznych Dawidów, którzy identycznie śpiewają, lub podobnie.

– Dokładnie, jak z tymi piosenkarkami, o których wcześniej rozmawiałyśmy.

– Dlatego, że coś się sprzedało, więc to się staje nośnikiem do sprzedaży następnych rzeczy, a które stają się podobne. Wynika to też z maksymalizacji zarobków. Mówi się, że żywotność piosenki trwa miesiąc… A przecież takie hity jak „Dziwny jest ten świat” przetrwały dziesięciolecia!

– Właśnie! – A może mi pani wymienić trzy nazwiska wśród najmłodszych wykonawców muzyki rozrywkowej, jakie ceni najbardziej?

– Bo ja wiem… sama już nie jestem taka młoda… No ciężko powiedzieć, bo po pierwsze – nie słucham, a jeśli już słucham, to okazuje się, że nie uderza to w moje struny… A poza tym warstwa tekstowa takich utworów mnie nie dotyczy, bo najmłodsi wykonawcy są na innym etapie życia. Mnie nie będą poruszały ich sprawy…

– Natomiast poruszył panią tekst Agnieszki Osieckiej sprzed laty „Dziewczyna słońca” – na tyle, że stał się najważniejszą piosenką, śpiewaną przez panią na płycie o tej samej nazwie, którą pani teraz nagrała.

– Miałam niedawno trudny czas, różne wątpliwości mnie ogarnęły, zadawałam sobie pytania o sens tego, co robię. I oto znalazłam piosenkę Agnieszki Osieckiej, do której piękną melodię ułożył mój tata… Stwierdziłam wtedy, że to nie przypadek.

– Śpiewali ją pani rodzice. Ale piosenka powstała przed pani narodzinami…

– Dlatego wróciłam do niej. Do czegoś, co będzie zawsze we mnie świeciło i czego nie da się zniszczyć, bo to coś jest ponadczasowe i dobre. Stała się dla mnie takim kamieniem węgielnym i talizmanem. Drogowskazem.

– Jest bardzo optymistyczna, radosna…

– Ona jest takim kopniakiem dla mnie, motywacyjnym. Na zasadzie: „Ej mała, nie jęcz, zobacz, ile masz. W tobie jest wszystko, szukaj w sobie sensu, nie na zewnątrz. Szukaj w sobie nadziei, bo ktoś ci to dał.” – To jest taka przypominajka dla mnie. „Hej, posłuchaj, jesteś dziewczyną słońca.” – mówi do mnie. „Ty masz śpiewać, masz żyć, masz dawać radę.”

– Chcę pani powiedzieć, że jestem nastrojowcem. Bardzo długo się z panią umawiałam i co jakiś czas sobie puszczałam „Dziewczynę słońca” w pani wykonaniu. I wie pani, że ona autentycznie podnosi nastrój? Energię! – To jest niezwykłe, ale ona po prostu podnosi stan ducha.

– Tak, podnosi wibracje. Takie ma zadanie. – Być może tworzenie muzyki, płyty jest trochę egoistyczne…

– Ale tak musi być, każdy artysta jest i musi być egoistyczny, by coś stworzyć.

– Mam nadzieję, że jest to zdrowy egoizm… Ja szukam różnych metod i narzędzi psychologicznych, aby sama się jakoś wesprzeć…

– Aha.

– Bo musimy sami dla siebie szukać pomocnej dłoni… A jak poszukamy jej w świecie, to znajdziemy – np. w piosenkach.

Tak wiele zależy od nas, naszego działania… Jak będziemy patrzyli przez ciemne okulary, to wszystko będzie się w ten sposób układało. A jeśli poszukamy jasnej strony, światła, to wtedy też je znajdziemy. Ja w ten sposób patrzę właśnie na muzykę. I dla mnie „Dziewczyna słońca”, która rozpoczyna tę płytę, nadaje energię całości. Ona tak trochę okala pozostałe piosenki, które opowiadają o moim życiu – także trudnych jego kawałkach.

– Rozumiem.

– Ale zawsze „dziewczyna słońca” świeci nad tym wszystkim. Nad tym mrokiem świeci. Ponad wszystkimi utworami, które są na tej płycie. Świeci u góry i daje nadzieję.

– Uhm… A proszę mi opowiedzieć o pozostałych piosenkach z tej płyty, tych najważniejszych.

– Ważna jest „Tobie” – napisana w trakcie rozstania z moim mężem.

– Poznałam ją, opowiada o akceptacji tego rozstania, pani w niej dziękuje za kawałek wspólnego życia, prawda? A nie wkurza się i cierpi…

– Tak, ona jest na pogodzenie się z tym faktem. Jak się już nie ma wpływu na sytuację, to przychodzi taka akceptacja, zgoda, że musisz to przejść. Że trzeba coś zakończyć, pogodzić się z tym. Bo życie dalej trwa. Czasami poznajemy ludzi, którzy są na całe życie… Ale innym razem spotykamy się tylko na chwilę, prawda?

– Prawda.

– Równie ważna jest „Rapsodia”, a także „Wyśniony” – jako nadzieja na przyszłość. A także piosenka „Co się stało z naszą miłością –też takie pytanie, które sobie zadaję, a nie znam na nie odpowiedzi. Jest to więc album, który opowiada o wydarzeniach z ostatnich lat mojego życia, które zamknęłam w pewnej kapsule. Mam więc podsumowanie i z tą mądrością idę dalej.

– Chce pani powiedzieć, że zakończyła pewien etap w swoim życiu i już nie będzie do niego wracała? A ta płyta jest jakby troszkę takim katharsis?

– Tak, tak, dokładnie tak.

– I teraz rozpoczyna nowy rozdział?

– Tak, i przyglądam się życiu, co mi ma do zaoferowania. Bo przecież postawiło mnie w takich różnych trudnych sytuacjach… więc pytam go teraz: co mi dasz w zamian?

– Pani jest zakochana czy teraz przywołuje miłość?

– Ja przywołuję miłość! Przyciągam ją i coraz więcej tej miłości wokół mnie. Od przyjaciół, od mojego dziecka, od moich psów, od świata muzyki. Ja mam te radary wystawione właśnie na miłość. Ale też sama jestem jej generatorem. Zawsze musimy tę miłość wygenerować w sobie, to wtedy nie czujemy się wybrakowani, mamy przecież miłość własną i należy jej używać wobec siebie. To jest podstawa. Albowiem motorem napędowym całego świata jest miłość.

– Chyba się z panią zgadzam…

– Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Ale najpierw pokochaj siebie. To potem pokochasz bliźniego.

– Tak jest, ktoś kto nie kocha siebie, nie jest w stanie pokochać innych.  Rozmowa z panią jest potwierdzeniem moich obserwacji i doświadczeń.

– Cieszę się, że się spotkałyśmy.

– Ja też. (uśmiech) Wiem, że skończyła pani psychologię.

– Tak, dostałam bazę psychologiczną, tak jak w przypadku muzyki, o czym rozmawiałyśmy. Natomiast mój dalszy rozwój jest w moich rękach.

– Nie chciała pani nigdy uprawiać zawodu psychologa?

– Ale ja to robię!

– Naprawdę?

– Tak, prowadzę zajęcia, czasami warsztaty.

– O!

– Stworzyłam taki nurt: psychologia sceny. W przyszłym roku wyjdzie książka na ten temat. Jest to dla ludzi występujących na scenie. Ale nie z podejściem coachingowym, bo uważam, że my śpiewamy duszą.

– Rozumiem.

– Śpiewamy, kierując się doświadczeniami oraz emocjami, a nie po prostu śpiewamy, wykonując zadanie. Książka będzie zawierała wskazówki dotyczące występowania na scenie. Bo proces śpiewania jest procesem dużo głębszym niż nam się wydaje.

– To mnie pani zaciekawiła.

– Jak zaczęłyśmy rozmowę, to powiedziałam o tym, że scena nie wybacza.

– Tak.

– Że my tam wchodzimy i się odsłaniamy. Jeśli ktoś się stresuje, nie śpiewa o swych doświadczeniach – jest odcięty od uczuć, to widz to zarejestruje.

– Podświadomie?

– Tak, nie będzie wiedział o co chodzi, ale będzie to czuł.

– Wyczuje fałsz, strach, napięcie?

– Tak. Dlatego scena, jak mówię, jest taką sytuacją trochę diagnostyczną. Nawet jeśli my będziemy świetnie przygotowani, to wcale nie mamy gwarancji sukcesu i dobrego występu. Proces śpiewania, jak mówiłam, jest nie tylko celowym działaniem, które jak u sportowców doprowadza do pewnego wyniku. Tu wchodzimy w przeżycia z dzieciństwa, traumy, w to, jak zostaliśmy wychowani, albo miejsca, które ktoś nam zablokował…

– Prowadzi pani psychoterapię poprzez śpiewanie?

– Prowadzę na ten temat zajęcia. Daję np. psychorysunek, który wiele pokazuje. Mówię do uczestników warsztatów: narysujcie mi swój głos. Okazuje się, że bardzo ważne były osoby z naszego najbliższego otoczenia, które reagowały na nasze spontaniczne zachowania, jak byliśmy mali. Na przykład padały komunikaty typu „Nie wygłupiaj się!” albo „Co ty robisz?!”.

– A to nas blokowało…

– Tak. Bo ta nasza pewność na scenie tworzy się w naszym dzieciństwie, od niego zależy. Człowiek nie przychodzi z nią na świat. Pewność siebie się zdobywa, to rodzice kształtują ją najpierw w dzieciństwie w dziecku.

– Wiem.

– Stąd bierze się poczucie  „niepewności siebie na scenie” w przypadku krytycznych komunikatów, jakie ktoś otrzymał kiedyś. Na warsztatach więc docieramy do takich najgłębszych zakamarków psychiki – po to, by to pokazało człowiekowi z czym on się mierzy tak naprawdę, i ta scena mu to pokazuje.

– Czy pani klientami są osoby, które chciałyby śpiewać, a im to nie wychodzi?

– Tak, albo chciałyby się dowiedzieć czegoś o sobie.

– Rozumiem, to znaczy, że uprawia pani ten swój drugi zawód… A w zasadzie łączy dwa … w całość.

– Coś w tym stylu, u mnie jeden zawód nakręca drugi. Bardzo mnie satysfakcjonuje to, że mogę pomóc ludziom. Pisałam pracę magisterską na temat funkcjonowania show biznesu, a teraz to kontynuuję w praktyce i dalszych moich badaniach.

– Proszę o tym opowiedzieć.

– Nasz zawód jest bardzo obciążający, a idą do show biznesu bardzo wrażliwi ludzie. Często wierzący, że ich marzenia się spełnią, a tutaj nagle dostają kopa…

– Jest teraz tyle możliwości w telewizji.

– Ja jestem akurat przeciwna tym wszystkim programom typu talent show. Dowiaduję się często, że to są ustawki, że w przedziwny sposób ktoś wygrał, choć był dużo gorszy od tego, kto przegrał.

– Znam to z opowieści znajomych, których dzieci tam wystąpiły. Podobno bardzo liczy się opinia producenta takiego programu…

– No właśnie. A ludzie przecież mają marzenia…

– Właśnie…

– Idą na konkurs i wierzą, że wszystko odbywa się uczciwie…

– No…

– I potem ci ludzie zostają z pewnego rodzaju traumą, która powoduje, że np. więcej już nie chcą śpiewać.

– Tak!

– Nie chcą śpiewać, bo się obrazili na muzykę. I to, co ma ich nieść, niosło – jako pozytywne działanie w życiu, zostało im odebrane.

– Okropne.

– Ja zawsze moim klientom tłumaczę: „Wy się nie obrażajcie na muzykę, muzyka wam nic złego nie zrobiła. To ludzie was skrzywdzili, zranili, prawa kierujące show biznesem. Nie muzyka, która dalej jest waszą przyjaciółką.”

– I słusznie pani im to mówi.

– Mówię im dalej, aby nie rezygnowali i nadal szukali wsparcia w muzyce, w piosenkach, w tworzeniu.

– Pewnie, nigdy nie należy przejmować się tym, co ktoś o nas sądzi, nawet jeśli to była jakaś ważna komisja.

– Pracuję z aktorami, muzykami w orkiestrach, młodymi wokalistami, którzy mieli trudne doświadczenia po tych programach typu mam talent. Przepracowujemy je wspólnie.

– Jeśli ktoś trafi do pani, bardzo utalentowany z problemem: dlaczego nie może się przebić?, to jak pani mu pomaga, jak odpowiada na takie pytanie?

– Wtedy daję mu szereg zadań, które pokażą, co on tak naprawdę myśli o sobie. Bo to jest najważniejsze: co myślimy sami o sobie. Bo co świat myśli, to ile ludzi, tyle interpretacji nas.

– Zgadzam się. – Zajmuje się pani bardzo interesującymi sprawami… A co sprawia pani przyjemność, oprócz muzyki i pomagania innym? Bo pani pomaga jako psycholog i jako piosenkarka – poprzez treść swoich piosenek, poprzez ostatnią swoją płytę, która, mam wrażenie, jest taka trochę psychoterapeutyczna.

– Co jeszcze mnie nakręca?

– A może wycisza… nie wiem, czego pani potrzebuje.

– Przede wszystkim przyroda. Kocham moje kwiatki, kocham zwierzęta. Jeśli się ma takie podejście, że świat jest miejscem przyjaznym, dobrym, to na wszystkie rzeczy, wydarzenia, które będą przychodziły do nas będzie się miało akceptację. Ja miałam parę momentów trudnych w swoim życiu, jak np. utrata rodziców, a teraz rozstanie z mężem. I nieraz sobie myślę: „Boże święty, co jeszcze mam dźwignąć?”. Ale z drugiej strony mam taką postawę, że na wszystko, co przychodzi mam zgodę. Żyję dalej i patrzę, co się wydarzy, co mi życie pokaże, czym się zainteresuję. Lubię sport, jazdę na snowboardzie. Lubię podróżować.

– A dobrze, a jak się pani trafi, bo nie wierzę, że się pani nie przydarza, jakiś dołek, to jak sobie pani z nim radzi? Oprócz śpiewania…

– Stosuję akceptację, że taki dzień przychodzi. Bo muszą być takie dni w życiu, które będą niefajne.

– Aha.

– Ale jak jest cały tydzień taki, miesiąc, to już należy zacząć się martwić. Natomiast jak przychodzi taki dzień, w którym czujemy się gorzej, to myślę sobie: „Ok., to dobrze, że przyszedłeś.”

– Witam cię, smutny dniu, tak? Czy też: „Witaj, smutku”.

– Tak, witaj smutku, musisz być. By mi potem pokazać radość. Ten smutek trzeba obłaskawić, tę melancholię w sobie też trzeba pokochać. Bo nie można mieć idealnego życia, nikt nie ma takiego. Każdy przechodzi przez choroby, każdy przechodzi przez smutek. Tylko najgorsze jest to, że my tego smutku nie akceptujemy.

– To prawda.

– A im bardziej go nie będziemy akceptować, tym na dłużej się w nas rozgości. Natomiast jeśli powiemy sobie: ok. jest się smucić, ok. jest mieć gorszy dzień, a potem utulić siebie, ukochać, to szybciej minie. Wtedy też wiadomo, że jesteśmy normalni, iż takie rzeczy spotykamy, a nie tkwimy w jakiejś niezdrowej euforii. Najgorzej, gdy się odcinamy od uczuć, nie chcemy ich przeżywać, bo wydaje się że tak jest lepiej, bezpieczniej. Ale im większe odcięcie od emocji, tym większe straty dla nas. To jest najkrótsza droga do psychopatii, narcyzmu, makiawelizu. To są takie zaburzenia osobowości, które mówią o tym, że ludzie są odcięci właśnie od czucia.

– Wiem, rozmawiałam kiedyś z psychologami więziennymi, którzy opowiadali mi o seryjnych mordercach, którzy są psychopatami, a którzy przy naciąganiu spustu dopiero czuli że żyją… No dobrze, jedno pytanie dotyczące pani córki…

– Ale ja mam siedmioletniego synka.

– Oj, przepraszam, nie doczytałam. – To co pani mówi synkowi, gdy jest smutny?

– Że to jest zupełnie normalne i ma prawo się smucić.

– A kiedy płacze?

– Ma prawo być rozżalony, to jest normalna sytuacja. Mój synek ma akurat bardzo dobry kontakt z emocjami i panie z przedszkola go chwalą, mówiąc: „Pani Ani, jaki Tytus jest fajny, jak tylko jest jakiś problem w przedszkolu, to przychodzi do nas i mówi: proszę pani, musimy pogadać.”

– (śmiech)

– Tak, widać, że to dziecko psychologa.

– Dojrzały jest.

– Umie nazywać uczucia, które odczuwa. Wie, co się z nim dzieje.

– Dziękuję za ciekawą rozmowę. Czego pani życzyć na koniec?

– Światła.

Rozmowę przeprowadziłam  po Suwałki Blues Festival 2024, na którym miałam okazję widzieć, i słuchać Anny.

 

 

Barbara Jagas

O mnie