Promyk na Kalatówkach

Wyszłam z depresji, dzięki dwóm aniołom, które spotkałam na swojej Drodze.

Anioły jak to anioły, pomachały skrzydełkami i… nagle ujrzałam nowe możliwości, tunel świadomości się poszerzył.

I nagle bum… na prostej drodze, tyle że kamienistej, jak to na szlaku górskim bywa. – Widziałam oczami wyobraźni jak padam z wielką siłą na twarz. Chcąc więc zapobiec katastrofie, wyciągnęłam przed siebie dłoń, niczym tarczę i podparłam się na niej. Niestety upadłam z tak wielką mocą, miałam wrażenie, że ktoś mnie popchnął, że ręka tego nie wytrzymała.

– Za szybko chciałaś być sprawcza, szepnął anioł mi do ucha.

– Prawa(?), dodał, niby pytając, ten drugi; bo przecież wiedział jak jest.

Tak, to była moja wina, pomyślałam sobie na zwykłym poziomie świadomości. Ucieszona zdobyciem Sarnich Skałek (prawidłowo zwanych Sarnią Skałką, ale zostanie tak jak jest, bo przecież jest ich więcej!) pognałam dalej niczym kozica, wyprzedzając bardzo młodziutkich wspinaczy, i tracąc kompletnie głowę. Endorfiny szalały…

Jednym uchem słyszałam ostrzeżenie Małgośki, bym tak nie grzała do przodu, i chociaż na chwilkę przysiadła koło niej, bo łatwo o wypadek. Ale ja nic, rozpędzona energią – gór i niebiańskich widoków, zignorowałam tę wskazówkę, lecąc dalej na łeb na szyję; w ostateczności okazało się, że na dłoń. (Inna rzecz, szkoda mi było koleżanki, że musi na mnie czekać, tracąc jej cenny czas. – I to była druga, jeśli nie pierwsza, przyczyna, że się nie zatrzymałam, nie odpoczęłam, a przecież depresja wyssała ze mnie wszystko, schudły mi głównie mięśnie, które zapewniają równowagę ciału.)

Za chwilę miejsce powyżej nadgarstka zaczęło się niebezpiecznie zmieniać. Oszczędzę już jednak sobie, i państwu, którzy to czytacie, dokładnego opisu, by nie pogłębiać swojej traumy, a Was nie wprowadzać w lęk.

Cudowni doktorzy ze Szpitala na Kamieńcu złożyli wzorowo kość (a siłowało się z nią trzech młodych facetów, w tym jeden strażak, uczący się na medyka), co wykazała najbliższa kontrola. – Będziesz miała, dziewczyno, tylko ją mocniejszą, powiedzieli, myśląc o ręce i kości. Tak by rzekł tata, pomyślałam z kolei ja, uśmiechając się do jego, czyli ojca, ducha…

Uradowana ruszyłam w trasę, tam, gdzie mogłam, czyli po dolinkach, w tym w wymagającą sprawności dwóch rąk Kondratową; na Kasprowy, niestety, wjechałam.

Kalatówki trenowałam góra-dół przez parę dni. (I wcale mi się nie nudziły, chociaż tam mieszkałam.)

Niestety, było to złamanie typu Smith, cechą charakterystyczną którego bywa przemieszczenie wtórne, a co wykazała następna kontrola. Po dwóch tygodniach chodzenia w gipsie czekała mnie operacja. {Sytuacja powtórzyła się? – Pamiętam jak kilkadziesiąt lat temu też doznałam podobnego złamania, tylko nogi. Wtedy położono mnie do szpitala, brat zawiózł mnie karetką, i nogę uratowano, tj. obyło się bez operacji, ale leżałam na wyciągu całe upalne lato. /Inna rzecz, nie cierpiałam zbytnio, gdyż miałam tak zabawne towarzystwo pań-połamańców, że cały czas ryłyśmy, ze śmiechu. I nawet potem, wychodząc ze szpitala, było mi smutno, że opuszczam tak miłe grono. /A następnie jeszcze z butem do kolana, z gipsu, zaczynałam współpracę z „Rzepą”, red. Bożena W. była zaskoczona. (- Chodziłam, rzecz jasna, o kulach. Noga trochę mi puchła, ale nic to, w ogóle się tym nie przejmowałam. I do tej pory nigdy nie miałam z jej powodu żadnych dolegliwości, nie stała się moim barometrem.)}

A teraz wracamy do Szpitala na Kamieńcu, gdzie znalazłam się na oddziale chirurgii urazowo-ortopedycznej najszybciej jak tylko można było. Bo doktor, do którego przyszłam na kontrolę, rzekł: „Postaramy się przyjąć panią do szpitala w poniedziałek, ale proszę na wszelki wypadek już od jutra rano być na czczo, codziennie do godziny dziewiątej. – Da pani radę?.” Po czym zanotował sobie mój numer telefonu.

Rano siedziałam sobie w ogrodzie, patrząc na góry, gdy odezwał się dr Maciej Staszak: „Czy jest pani na czczo?, jeśli tak, to proszę przyjść do szpitala. Dziś będzie pani operowana.”

Potem wszystko poszło szybko, może dobrze, bym nie rozkręciła myśli. Pamiętam tylko pytanie ze strony ordynatora dr. Mariana Papieża: „Czy jest pani dziś na czczo”.

(Byłam do przyjścia do szpitala, a tam – na korytarzu – napiłam się trochę wody, bo strasznie mi było sucho w gardle. „Nie zaszkodzi” – pomyślałam, przecież jak robię morfologię, to nawet wypiję trochę niesłodzonej kawy.)

Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie do końca, bo wypiłam trochę wody, parę łyków. „Czy tylko tyle” – dociekał  Ordynator, patrząc mi badawczo w oczy.

'Tak, panie doktorze, tylko tyle.”

Było mi głupio,  wstyd, i co tam jeszcze, gdy brak mej czujności wyszedł na jaw. Ale się ogarnęłam, bo za chwileczkę już mnie zaczęli przygotowywać do operacji. Wiedziałam, że mam zachować spokój, bo to się udziela także otoczeniu, intonowałam tylko w myślach wyciszającą mantrę buddyjską…

Pani anestezjolog wystraszyła mnie nie tyle jaskrawą oprawką okularów, co informacją, że podczas intubacji mogę stracić zęby, a w wyniku zabiegu… chyba tak, dostać np. zawału serca, co było wyszczególnione wśród wielu innych zagrożeń (jakie mogą mnie spotkać) na papierze, który miałam podpisać. W tym momencie lęk ścisnął mnie za gardło, a za chwilę poczułam irytację, że takie rzeczy mi pokazują. 'To między czym a czym mam wybierać: brakiem zębów czy zdrową ręką?!” – huknęłam rozgoryczona. 'Pani to chyba z zawodu jest nauczycielką” – odpowiedziała lekarka… i gdzieś przepadła. A jak wróciła, to powiedziała, że skonsultowała wszystko, i nie podadzą mi narkozy, tylko będę miała miejscowe znieczulenie.

W sumie ucieszyłam się, nawet biorąc pod uwagę, że będę słyszała, a może widziała, co się dzieje. Ale przynajmniej nie dostanę potem jakichś zwidów; poza tym bałabym się, że się nie obudzę.

Najpierw było nieprzyjemne ukłucie między barkiem a obojczykiem, aż zrobiło mi się niedobrze, a potem zmieniono igłę, bo tamta była za cienka. (Co przyjęłam z paniką, że zemdleję.) Teraz jęknęłam z bólu, w głowie zaczęło mi się kołować…”Spokojnie, kochana, no trzeba czasem pocierpieć, taka już jest ta medycyna”, powiedziała ta sama lekarka, która wcześniej mnie straszyła, i zaraz poczułam jej matczyne ciepło, bo położyła mi swoją rozgrzaną dłoń na zdrowej ręce.

„Proszę pamiętać, że za chwilę nie będzie pani czuła operowanej ręki, nie zdoła jej pani podnieść, i wtedy trzeba uważać, aby panią nie uderzyła, jak ruszymy na drugą salę. „Mnie moja ręka?” „To ona może mnie jeszcze pokiereszować, zanim ją zoperują?!”, znowu byłam przerażona… a następnie poczułam swoje łzy. Za nimi stał żal, smutek, a także złość na Los.

„Jak pani zobaczy, że ma rękę jak z drewna, i w ogóle nie może nią ruszyć, to będzie znaczyło, że jest pani gotowa do zabiegu”- doprecyzował doktor z wyraźnym wschodnim akcentem. Zaczęłam rozkręcać myślenie, że a jak operacja się przedłuży i znieczulenie przestanie działać, zacznie strasznie mnie boleć, a oni nie będą mogli nic zrobić.,, Słyszałam o podobnych przypadkach, gdy ktoś (co prawda) po narkozie wybudził się za wcześnie, i właśnie potwornie cierpiał, a lekarze o tym nie wiedzieli, bo tego nie było widać, może bo było nawet w mojej rodzinie, albo na jakimś filmie.

Stop, stop, namyohorengekyo, powiedziałam sobie po cichu, w pewnym momencie, koncentrując się na japońskiej mantrze, aby uciszyć katastroficzne myśli…

Potem przewieziono mnie na drugą salę, porusza pani palcami?, pytano, a ja sprawdzałam, czy rzeczywiście tak jest. Miałam przedziwne wrażenie jakbym ręki nie miała, a potem, że leży sobie na brzuchu, czyli z drugiej strony, ale nie czuję jej ciężaru.

Odgrodzono mnie kotarą (od chorej łapki)… „To znaczy, że zaczynają’, pomyślałam lekko otumaniona, bo jeszcze dano mi na „wygaszenie zmysłów”, jak się wyraziła anestezjolożka, jakiegoś ogłupiacza, abym tak za bardzo nie była przytomna.

Byłam, wszystko słyszałam, także o wakacjach na Suwalszczyźnie, którą też uwielbiam, ale jakoś inaczej, tak jakby to nie mnie dotyczyło. Nie rozumiałam, czy wsadzają mi kilka różnych płytek, czy też jedynie dobierają tę odpowiednią, ciągle lekarz operujący wymieniał jakieś numery. (I nie chcę tego wiedzieć. Amen.)

Nie pamiętam kiedy skończyli, zobaczyłam tylko spoconą twarz przechodzącego koło mnie dr. Grzegorza Frydy, co było sygnałem finiszu.

**

Wcale nie obudził mnie ból od rana, a zdziwienie, że ta moja wymordowana łapka jest tylko obandażowana; nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że znowu wsadzą ją w gips.

*

Leżałam w przestronnej sali z dwiema babkami, które spały, a nade mną wisiała jakaś butla, do której podłączona byłam gumową linką. „Dajemy pani leki przeciwbólowe” wytłumaczyła piękna dziewczyna ubrana w makowy strój z dobrego materiału. Byłam na etapie fartuchów pielęgniarskich, jakie też kiedyś nosiła moja mama, gdy jeszcze nie było mnie na świecie. Że lekarz może być ubrany po cywilnemu wiedziałam (było to swego czasu modne, gdy pisałam w połowie lat 90. o medycynie rodzinnej), ale siostry, właśnie siostry musiały się dla mnie nosić na biało, i do tego biały czepek z czarnym paskiem, nie wiem czemu. Więc ta nowoczesność w przypadku tej dziewczyny kompletnie mnie zaskoczyła, ale nie było to wcale przykre, tylko zaskakujące.

Druga piękność o chabrowych oczach przyszła odłączyć mnie od kroplówki, pytając czy czegoś jeszcze nie potrzebuję, bo jeśli tak, to proszę, a zawsze w razie czego trzeba ją wołać, i tu pokazała przycisk. Gdzie ja jestem, zastanawiałam się, może już w niebie (przyszło mi przez porównanie do pielęgniarek, które z łaski przychodziły robić mamie zastrzyki, gdy była chora, aż w końcu zmusiły mnie do tego, abym się nauczyła sama je robić, bo to takie proste, a one przecież nie mają czasu)

Troska, szacunek dla pacjenta i serce, z tym spotkałam się leżąc w Szpitalu na Kamieńcu, zamiast b e z d u n s z n o ś c i  w placówkach warszawskich. (Pewnie, że w niektórych, bo wszystkich przecież nie znam.) Korzystałam więc z tego szczęścia w nieszczęściu, ile mogłam, prosząc o leki przeciwbólowe, gdy cierpiałam, bez skrępowania, mając w pamięci sugestię lekarza z sali operacyjnej, bym dawała sobie prawo do komfortu, bo po to jest medycyna, by znosić (niepotrzebne) cierpienie.

Następny dzień był bardzo słoneczny, odważyłam się wyjść na taras, z którego widać Giewont, a gdzie poznałam Hankę, prawdziwą góralkę, która obsługiwała kiedyś gości w Betlejemce. W tym schronisku nigdy nie byłam, zresztą w czasach, kiedy zaczęłam chodzić po górach już przyjmowało tylko alpinistów, ale znam te klimaty serdeczności, gościnności, a czasem bratania się miejscowych z ceprami. My z Hanką nie miałyśmy problemu, by od razu przejść na ty.

**

Może pani poruszać palcami, a uruchomić nadgarstek?, świetnie, to wychodzimy dziś do domu, rzekł zastępca ordynatora, a był to trzeci dzień mojego pobytu na urazówce.

Nie chciało mi się wychodzić.

**

Przedłużyłam sobie pobyt w Zakopanem, po informacji z pewnego szpitala w Warszawie, że mogą mi zdjąć szwy za rok. (Jestem dziennikarką, więc zadzwoniłam do NFZ, gdzie powiedziano mi, że na skierowaniu musi być podane konkretnie – za ile dni ma się to odbyć, wtedy mają obowiązek przyjąć w określonym terminie. Ale taki normalny człowiek co ma zrobić…)(Takie panie na recepcji powinny o tym informować.)

Tego dnia dyżur pełnił dr Marcin Stopa, siostra zakonna zdejmowała mi szwy. – Czy zawinąć rękę, zapytała, robiąc w miejscu gojącej się rany opatrunek. – Nie trzeba, uśmiechnął się sympatyczny doktór i poprosił, bym już trenowała zaciskanie pięści,

Trochę mi to nadal opornie idzie, choć mam w głowie zdanie, że właśnie po to była operacja, aby szybciej wrócić do sprawności.

No i cóż, chodzę sobie z tą moją biedną rączką głównie po mieście, czasem wstępując do dolinek, jak Chochołowska, innym razem próbuję wejść na mniejszą górkę…

Ale już się sama ze sobą nie ścigam, częściej kontempluje, bo oprócz ruchu należy się mojej rączynie i wypoczynek.

No to piszę lewą łapką, pomagając sobie tylko prawą. (By the way, nie spodziewałam się, że pisanie na maszynie wcale nie jest takie trudne, gdy używa się rąk i palców z ograniczeniami. Ja, która zawsze pisałam systemem bezwzrokowym, uważałam się za wybrańca, tymczasem inne doświadczenie obaliło właśnie mój uprzedni pogląd.)

A teraz tak, po pierwsze, już nie jestem na Kalatówkach, po drugie chyba nie wstąpię tam na jazz, na który tak się szykowałam (bo padało i jest za ślisko, aby tam się pchać). Mieszkam obok Teatru Witkacego, do którego zaglądam jednak zbyt rzadko, powód jest prozaiczny: nie umiem sobie kupić biletów (wymagają jakichś kodów, a ja nie wiem skąd je wziąć), a pojawić się tuż przed występami, by stwierdzić, że jednak nie wejdę, byłoby dla mnie zbytnim cierpieniem. No to nieco tracę, ale nie do końca… Dobrze, iż zobaczyłam spektakl kończący „Pępek Świata”, ze względu na osobę Andrzeja Dziuka, bez którego to miejsce byłoby niekompletne. Natomiast zamysł reżysera z Krakowa, który – jak stwierdziła jego aktorka – raczej spektaklem trudno nazwać, bardziej formą wypowiedzi artystycznej  owszem interesujący jest, ale dla mnie – czegoś tam zabrakło, sama nie wiem, czego. – Może nie lubię nachalnej krytyki sztucznej inteligencji, bo to znamy, z drugiej strony właśnie się nią posłużył Krzysztof Garbaczewski, tworząc w oparciu o znane wypowiedzi Witkacego a także jego niedokończoną „Tak Zwaną Ludzkość w Obłędzie” nowy twór artystyczny, do powstania którego zaprzągł właśnie Artificial Intelligence. Nie wiem też, czy fakt, że „spektakl” rozgrywa się jednocześnie w dwóch miejscach – na Ukrainie i w Polsce, za pomocą komputera, i że Pan Garbaczewski nie poznał współtwórcy tego eksperymentu artystycznego, tylko skontaktował się z ukraińskim reżyserem poprzez twittera, należy pochwalić (?) {Pewnie, że to nic nowego, nauczamy przecież zdalnie, rozmawiamy, dyskutujemy. Do tegośmy przywykli. Ale czy należy także ten intymny świat teatru przemieniać na powszechnie obowiązującą modłę?, nie wiem.}{Trochę pocieszył mnie Andrzej Dziuk, który obiecał, że jego teatr zawsze będzie schroniskiem dla aktorów i tych wszystkich ludzi, którzy pragną wspólnoty w przeżywaniu sztuki,  gdzie więc będziemy naprawdę obok siebie, na scenie, na widowni.

***

Zaczęłam promiennie, to i kończę z tą samą energią, ufając, że nie do końca sprawna ręka, a także problemy, od których uciekłam nie przytłoczą mnie znowu. Bo będę umiała zobaczyć jasną stronę życia.

 

 

Barbara Jagas

O mnie